…wbiłam dziś zadek w spódnicę… z rozpierdakiem nawet… wdziałam bluzkę podkreślającą moje 97 centymetrów zakichanego biustu… ufryzowałam blond kudły w romantyczne strąki, takie jak Grzech lubi… przemordowałam się pół dnia w butach na obcasach jak szczudła krakowskich szczudlarzy… wykonałam perfekcyjny makeup w kolorach stonowanych szarości… wyperfumiłam się moim Yves Sain’t Lourentem (Erytrea popraw mnie bo może nie tak się to pisze)… byłam słodka, do rany przyłóż…
efekt…
spędziłam pół godziny na grzebaniu w szafie, żeby odszukać zaginioną spódnicę… nogi bolą mnie jak cholera po tych zasyfiałych obcasach… kłaki na wietrze właziły mi do oczu, dzięki czemu idealnie nie widziałam gdzie idę… zmarzłam jak stado stokrotek na mrozie, bo pogoda wymyśliła sobie się zmieniać… Grzech zasnął, bo zmęczony a ja zostałam sobie z kłakami, zapachem prosto z Paryża i już bez spódnicy…
wnioski…? nie warto stawć na uszach bo to i tak niczego nie zmienia… powarczał trochę rozkosznie po czym zapomnial, że to powinno mieć jakiś cholerny ciąg dalszy… poszukać kochanka… ewentualnie kochanki…? zapomnieć o tym rozgrzanym czymś co mi się kołacze po wnętrznościach i szuka ujścia… albo wkurzyć się megahiperowo i pierdylnąć parę razy drzwiami na opamiętanie narodu…
mam w nosie…
że gadam jak niezaspokojona samica… co sobie pomyślicie… co sobie napiszecie… że Grzech by pewnie powiedział, że to Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego… gucio prawda całe życie przechodziłam okresy normalnie zwyczajnie i bez marudzenia czy był jakiś facet czy go nie było i nagle mi się niby przy Grzechu przypomniało, że kobietą qra mać jestem i trzeba przed miesiączką bredzić od rzeczy i gderać…pieprzenie o Szopenie…
chcę…
Się kochać… dziko… i w duszy mam budowany cały dzień romantyzm i nastrój… w duszy jednym słowem…!!! RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!
qra mać… no wczoraj wieczorem dialog krótki był i treściwy wydaje mi się, że dla każdego nawet przeciętnie rozgarniętego homo sapiensa zrozumiały… Wrócił Grzech z pracy o 21.000 – umordowany co fuckt to fuckt… - Zjem tylko coś, chodź posiedź ze mną w kuchni. Poszłam oczywiście, posiedziałam… Blat kuchenny uwalony jak po przejściu ptactwa błotnego, talerz, noże, deska do krojenia zostały, bo pozmywać było ciężko, ostatecznie włozyc do zmywarki – też trud jak cholera… Słowa nie powiedziałam… - Patrz przyszedł mój rachunek, znaczy PLUS o mnie pamięta… Rozdarta koperta została na stole… Zrezygnowana poszłam pod prysznic myślę se (może błednie i ktoś mnie teraz oświeci) „Zrelaksuję się chwilkę chociaż”… zanim się zaczęłam relksować krzyknęłam w strone pobojowiska zwanego kuchnią: - Schowaj potem ten rachunek, jak go już obejrzysz i sprawdzisz!!! odkręcam kurek… pół łazienki zalane, bo uszczelka jakaś poszła na spacer (trzy tygodnie temu zresztą) i nie ma komu naprawić – w końcu w domu mam wybitnego intelektualistę a nie hydraulika… Odprężyłam się – po byku jednym słowem, klnąc na czym świat stoi i ta cholerna kabina prysznicowa… Do sypialni poszłam po ciemku i omacku jak zwykle rozbijając się o ściany, które Grzech specjalnie tak zaprojektował przy remoncie, żeby zawsze stały mi na drodze do miejsca, do którego właśnie idę… Nieważne… ostatecznie zasnęłam.
Wstaję sobie rano… idę do kuchni, a tam rachunek na stole (już bez koperty), gumki recepturki po wczorajszym szczypiorku na blacie, plamy z kawy koło expresu, bo Grzech nie wcylowuje rankiem do kubków, a ściereczka chociaż wisi tuż obok, jest poza zasięgiem jego nierozbudzonych jeszcze oczu, pies nie ma wody w misce, czeka na śniadanie, żaluzje nie odkręcone… A Grzech stoi sobie zadowolony z życia i dzionka: - Dzień dobry golasku – mi mówi. Grrrrrrrrrrr… taki uśmiechnięty… A ja od rana, najpierw wytrzeć blaty, potem wyrzucić pozostawione przez Niego śmieci, potem pochować rachunki, potem napoić i nakarmić psa… i nagle się okazuje, że nie mam czasu na spokojne przebudzenie, że nie mogę jak Grzech siedzieć 10 minut w fotelu i dochodzić do siebie po szoku związanym z porannym wstawaniem… bo ciągle do qry maci jest coś do zrobienia… a potem się Grzech dziwi, że jestem rano skwaszona i „nie mam dnia”… i tak jest codziennie – od roku… Bałaganiarz i Pokojówka… idealnie dobrana para… tylko że mnie się to nie podoba!!!!!!!!!
… nie przeklinam i nie krzyczę… generalnie jestem tolernacyjna i gucio mnie obchodzi co sobie o mnie myślą słoneczne czy niesłoneczne ludki… i jedyne czego GENERALNIE nie lubię to porównywanie mnie do kogoś. Bo ja to JA , jedyna, niepowtarzalna,zresztą jak każdy z nas… Dziwaczne geny odziedziczyłam po Mamie stukniętej i nietuzinkowej, o której moi Przyjaciele mówią, że to nie jest dobry przykład Matki Polki, bo jest inna, dziwna, zwariowana. Siłę charakteru mam po Tacie, który jak coś powie to już powie, który zna się na ludziach, który jest twardy czasem do przesady, ale który potrafił przedem ną płakać jak dziecko. Doświadczenie życiowe nabyłam podczas licznych perturbacji z losem… bo chociaż szczawica jestem i smarkula to swoje wiem i swoje przeżyłam… I do jasnej cholery nie lubię jak się o mnie mówi: „Bo wy wszystkie…”, „bo ty jak wszyscy…”, a już szlag nagły jasny mnie trafia jak słyszę „Bo ty jak ona…”… No i wtedy sopelkuję – to znaczy nie okazuję uczuć choćby tego mi własnie było potrzeba, nie przytulam, nie całuję, nie rozmawiam, oczy zamieniają mi się w sople lodu, słowa sączą się powoli jak zamarznięty jad. Nie jestem wtedy złośliwa, nie jestem uszczypliwa – jestem lodowato oficjalna i wyzuta wyprana z uczuć pozytywnych. nNo i jakby się kto własnie pytał, tak było wczoraj… krew mnie zalała, bo nie dosyć, że zostałam przyrównana, to jeszcze chodziło o łóżko… a jak Babcię kocham (a kocham bardzo) gdzie jak gdzie ale w łóżku jestem na pewno oryginałem… mało tego nie dosyć, że przyrównana to jeszcze do kogo? Do jedynej kobiety na świecie, kta mam za uczuciowe zero, dno i dziesięć metrów mułu…która chociaż ładna, zgrabna, mądra – przegrała sobie życie z Grzechem… przegrała bo nie uszanowała szacunku i wierności… i On śmiał mi powiedzieć, że „Wy wszystkie…” – przy czym „Wy” oznaczało ją i mnie, bo więcej nas nie było… zabolało jak byk… wystarczy, że obie lubimy tulipany, że obie lubimy te same wina, czarny kolor, Bridget Jones – o tym wszystkim też dowiedziałam się niby mimochodem…a teraz jeszcze i to… obie tak samo…obie w łóżku….O NIE!!! NA PEWNO NIE…. czemu musi mi znowu być ciężko…mało się natrudziłąm, żeby zaufać? mało naprzekonywałam sama siebie, że teraz będzie inaczej…SOPELKUJĘ… i nie zamierzam przestać… jeszcze jakiś czas nie zamierzam…
DLA ZA INTERESOWANYCH ICH TRZYMANIEM…KCIUKÓW ZNACZY SIĘ… SKRZYDEŁEK I CZEGO TAM JESZCZE CHCECIE…
BRONIĘ SIĘ 18-GO MARCA O 8.30!!!!!!!
EWENTUALNI KCIUKOWICZE PROSZENI SĄ O MODŁY WSZELKIEGO RODZAJU I DO WSZYSTKICH BOGÓW…DATKI NA INTENCJĘ MOJEGO OBRONIENIA MILE WIDZIANE (czarny lud się ucieszy)…TOASTY ZA MOJE POWODZENIE WSKAZANE…Jednym słowem pomoc wszelaka duchowa i metafizyczna będzie jaknajbardziej na miejscu…
mam zrobić? No co? Odebrałam wczoraj moją pracę mgr z drukarni. Granatowo oprawione 118 stron moich nic nie wartych z książek przepisanych bredni o stosunkach polsko-watykańskich. Temat rewelacyjny jak na kogoś kto Boga zostawił dawno temu na półpiętrze życia…Rodzi się bezsensowny strach przed obroną, bo to już przecież za mniej więcej dwa tygodnie…Strach… Mało tego – zawożąc pracę do oprawienia odkryłam w sobie nowy, nieznany dotąd talent. Wyjmowałam pakunek z 4 egzemplarzami pisaniny Cleosi z bagażnika kiedy jakiś cham nieskrobany z impetem w głąb wjechał w kałużę, czego efektem były moje kochane czerwone spodnie ochlapane po samą szyję niekoniecznie macicy. Nie wiedziałam, że znam przekleństwa w tylu językach…nawet chwilami sama siebie nie rozumiałam… Grzech spojrzał tylko na mnie jak na okaz zoologiczny conajmniej i tyle. Bezmyślność ludzka nie zna granic… Do strachu wracając… no jakaś trema mnie ogarnia. Maturę zdałam z palcem w nosie, wszystkie examy na studiach bezstresowo, a teraz nagle mi odwaliło i spać nie mogę… No chora psychicznie jakaś? Jednym słowem panika…Cóż, jedyny sposób to pogadać jutro z Mieciem (promotor mój – całe szczęście niestresujący) i poprosić o jakiegoś normalnego recenzenta i podanie pytań od razu… Ciekawe…Grzechowi promotor podał, ale to było dawno temu i dlatego, że nikt nie znał się na tym o czym Grzech pisał pracę… A ja? Napisałam wrednie nastawioną do Kościoła i czarnego luda pracę i fajnie, tylko co dalej……..?
jaki jestem…Oglądałam wczoraj po pierwsze z nudów, po drugie z ciekawości jaką jeszcze szmirę ukochana telewizja nam zafunduje.Refleksje? Hm…….. cóż… Po pierwsze nie lubię „Ich Troje”. Trawię tylko jedną piosenkę, cośtam o lecie. Po drugie… Wiśniewski mi się jako facet nie podoba, jako artysta też nie koniecznie… drażni mnie Jego image i chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że taki ma być właśnie efekt nie patrzę, by oszczędzić sobie odruchów wymiotnych. Nie lubię agrsywnych artystów, nie lubię szokowania na siłę… ale……………
podoba mi się schrypnięta barwa głowsu Wiśniewskiego… nie słucham tekstów, nie wczuwam się w słowa… słucham chrypki i jest ok. I wiecie co, nawet jeśli całe „Ich troje” uważam za kicz, za pseudosztukę, za szmirę dla mas (potrzebną ale niekoniecznie na poziomie), to sam Michał, jako człowiek mi się podoba… szczery, czasem wulgarny, czasem wzruszający, prawdziwy… Może to też poza, może udawanie, ale i tak lepsze to niż przesłodzona Górniaczka na przykład.
Jednym słowem słonecznie. Obiecałam sobie, że dalszych odcinków programu nie będę oglądała, bo jednak szanuję swoje nerwy i zdrowie a wszelkie Idole, Big Brothery, Szoły i inne Matoły dopowadzają mnie do konwulsji przedśmiertnych. Ale… Michałowi Wiśniewskiemy chętnie podałabym rękę bo CZŁOWIEK z Niego jest PRAWDZIWY… podałabym chętnie, choć z zamkniętymi oczyma, bo w patrzeniu nie znajduję przyjemności…