…i sama siebie do psychiatry wyślę, jak Babcię kocham, no. Za te moje humory i zmiany nastrojów już dawno na miejscu Grzecha wpakowałabym mi porcelankę 9mm między oczy. Przykład – proszę bardzo. Wczpraj, godzina 21.30, gawra, układamy się do snu padając na pysk po nieprzespanej poprzedniej nocy Cleos: Źle mi…tak mi jakoś beznadziejnie…bo ja się Tobie już nie podobam…(łzy w oczach) Szlag trafił dzikie namiętności… Grzech: ??????? Cleos: Będę płakać…(jak mówi tak robi) Bo Ty widzisz we mnie już tylko Matkę Polkę a nie kobietę…co mam sobie zrobić z hormonami, co? (ryczy jak bawół) Grzech: ???????? Mija 10 sekund Cleos: No patrz jaka ja jestem nienormalna, no (śmiech)…przypadek kliniczny…(zwija się ze śmiechu)…nie słuchaj mnie bo bredzę… Grzech: ???????????? Mija 20 sekund podczas których Cleos śmieje się jak ogłupiała Cleos: (łzy w oczach) Bo ja się czuję paskudna i okropna…(płacz) a Ty mnie już nie uwodzisz…(szloch)i najłatwiej jest sobie wytłumaczyć, że mi ciągle niedobrze(spazmatyczny szloch) Jeeeeezu jaka ja jestem walnięta (śmiech) Bo Ty jesteś kochany, że mi gotujesz i robisz herbatki i troszczysz się o mnie (śmiech)…ale ja bym chciała… (płacz)…rozumiesz??? Grzech: Rozumiem.
A ja nie rozumiem, jakim cudem On mnie zrozumiał…Tiaaa…
…do 10 Sylwestra oceniam na 8. Przedstawieniie było super. Dobra muzyka, dobrze zagrane, żywa kultura przez duże „K”. Operetka spisała się jak zawsze. Po przedstawieniu był bankiet z tańcami. I tutaj wyszło na jaw prostactwo polskiej elity – szlag jej mać trafił. Na piętrze w sali bankietowej był szwedzki bufet. Zastawiony specjałami z gatunku kawioru, schabu ze śliwkami, kanapeczek mikroskopijnych, sałatek, koreczków. Nałożyliśmy sobie troszeczkę-ociupinkę mniemając, że jeszcze tu wrócimy. Mniemanie było błędne, gdyż naród jak szarańcza rzucił się na żarło tworząc na talerzykach 40 centymetrowe piramidy z kanapek uwieńczone koreczkami i żarł przy stole nie ruszając się na krok i nie robiąc miejsca nikomu innemu. Tym sposobem, kiedy wrócilismy do stołu pochłonięte były nawet ananasy, w które wmontowane były koreczki. No i zostałam głodna. Całe szczęście Grzech w odpowiedniej chwili wypatrzył, że podają dania gorące i tym sposobem razem z Fasolką nie umarłyśmy z głodu i wycieńczenia. Tańce były przy muzyce na żywo, ale był też i dj. Muzyka różna, ale dobrana z głową. Wyszło na to, że opuściliśmy z Grzechem może w sumie 5 kawałków. Trochę mnie potem bolał kręgosłup, bo jednak targanie Grzecha po parkiecie nie należy do zajęć łatwych (muszę Go nauczyć tańczyć w końcu), ale warto było. Dla tego błogiego bólu stóp i dla tego zmęczenia potem warto było to moje słoniątko przemiszczać pół nocy po sali:))) Po skończonej imprezie ukradliśmy sobie balony do domku i brnęłam z nimi po kolana prawie w śniegu, w szpilkach do samochodu. I niech mi ktoś powie, że o 3 nad ranem nie można się doskonale bawić na parkingu przed hipermarketem??? Jeśli ten parking jest monitorowany to współczuje doznań temu, kto to oglądał. No bo kto normalny jedzie rankiem w Nowy Rok na parking po to, żeby poślizgać się samochodem??? Po zrobieniu kilkunastu „ósemek”, kiedy żołądek z Fasolką miałam już w gardle wróciliśmy do domu. Poproszę więcej takich nocy w roku:))) I na tym wrażenia sylwestrowe się zakończyły. Nowy Rok spędziliśmy na kanapie…potem miałam urlop 2-go…teraz jest weekend i trzeba ulepić bałwana i wytarzać się z psem w śniegu:))) Lubię zimę:)))
…prasowania koszuli do smokingu. 100% bawełna kura jej mać – tu wyprasuję a tam już jest pogniecione. Szlag by trafił i tak w kółko. W przyszłym roku Grzech sam sobi prasuje, o ile w ogóle z racji Misiątka gdziekolwiek pójdziemy. Mam urlop – tyle mojego, że mogę od rana się wałkonić i robić co mi się chce. Czyli: manicure już zrobione granatowo-błekitno-różowe, na 14-tą lecę do Słonicy na czesanie i malowania facjaty. Potem Grzech po mnie przyjedzie, jak nie zapomni i jeszcze tylko 2 godziny i już bal. Misiątko chyba dziś wyczuło, że to nie jest najlepszy dzień na wkładania mamusi głowy do kibla i nawet się dobrze czuję. A może to ta babka na śniadanie??? Kto to wie??? Postanowień noworocznych na razie brak. A może by tak: 1. nie wrócę do palenia, 2. przestanę przeklinać, 3. na następnego Sylwestra będę miała figurę i formę prawie jak przed ciążą, 4. zniszczę mj’a, wdepczę w ziemię i zatańczę na jego grobie:)))
Tiaaa, wystarczy. W Nowym Roku, życzę Wam samych słonecznych dni i samych niebieskich nocy, spełnienia wszystkich marzeń i postanowień, paru miłych niespodzianek, kilku zaskakujących sympatycznie spotkań, i żebyśmy w miarę możliwości spotkali się na chrzcinach:))) Cmoki jak smoki:***
…i w zasadzie było. Bilans prezentowy wyszedł nam in plus:))) Cleosia dostała: puder w kulkach Giordani i komplet pędzli do pacyfikacji gęby – od Chrzestnej co jej nie lubię, pidżamkę satynową blue od Grzecha koszulę nocną tiulową black – od Małego Johna kasiurkę w Ojro – od Rodziców, komplet kosmetyków Johnson&Johnson i słoneczną papeterię – od Cioci z Kuzynkami, bluzeczki szt. 3 – od Małego Johna perfumy – od Teściuniuniuniów, SŁODYCZE:))) Grzech dostał: zegarek – od Ukochanej Niezwykle Cierpliwej Cleosi, kasiurkę w Ojro – od Rodziców Cleosi, bluzę polo – od Małego Johna wyciskarkę do owoców – od Rodziców swych Cleosia z Grzechem kupili: bransoletkę srebrną dla Małego Johna, sweter dla Dużego, album ze zdjęciami własnymi i ramkę ze zdjęciem Misiątka dla jednych Rodziców i Drugich. no a amen.
Mój Tato nie uwierzył, że będzie dziadkiem. Potem okazało się, że pokolenie naszych rodziców nie wie, co jest na zdjęciu w ramce bo w życiu nie widzieli zdjęcia USG. Potem były gratulacje, a potem awantura o ślub. Faaajnie było. Stanęlo na tym, że „Grzech ty musisz Cleos przekonać”. Dwa dni się męczyłam, zanim usłysząłam od własnego chłopa, że żadnego ślubu nie będzie póki nie będzie jak my chcemy. Bo Oni chcieli cywilnie i po kryjomu i bez sensu. A my chcemy kościelnie, może być bez pompy, ale za to z Przyjaciółmi i Rodziną. Całe szczęście tym razm w konflikcie Cleos-Teściowa Grzech jest po mojej stronie:))) My im jeszcze pokażemy:))) A póki co świętujemy nadal. Obowiązuje strój świąteczny, czyli pidżamka od rana do nocy. Kanapa, filmy, książka, blog, czasem telefon, obiadki u Rodziców, spacery po mieście – rozpieszczanie na maxa. I najlepsze jest to, że wszyscy prześcigają się w dogodzeniu mi w gotowaniu. Małego Johna z Jej pomidorową i kurczakiem w cieście piwnym nic nie prześcignie. nawet Teściu z grzybową i indykiem z borowinami. Właśnie coś głodnawa jestem. To pójdę sobie zjeść kaszki gryczanej ze skwareczkami i kefirkiem:))) MNIAM Smacznego Cleos:)))
…w niekoniecznie późnych godzinach wieczornych dwa dni temu, zostałam pouczona przez pieszy patrol policji z Komendy Głównej w Katowicach. Zostałam pouczona, w przedmiocie wyprowadzania Traktora na spacer. Znaczy pies powinien chodzić na smyczy i w kagańcu. I ja się z panami władzą całkowicie zgadzam. Zapięłam smych Trakolowi po czym: Cleos: Czy tak dobrze??? Panowie policja: My się nie czepiamy, ale takie mamy prawo no i sama Pani rozumie… C: Rozumiem… proszę w takim razie iść pouczyć tę babcię za rogiem, co szła z jamnikiem – też bez smyczy był. Pp: ?????? C: No o co chodzi, sami panowie powiedzieli, że trzeba. Po co mi pies obronny, skoro ma być w kagańcu?? Pp: Takie przepisy nasze psy też mają są uczone do atakowania tylko kagańcem. C: Brednie Pp:??????????????? C: Każdego psa na szkoleniu się uczy atakowania pozoranta bez kagańca. Wiem bo widziałam Pp: ?????????????? C: No i co z tą babcią??? Pp: Ale my się nie czepiamy… C: Przykro mi nie mam kagańca. Smycz musi na razie wystarczyć. Pan się obroni pałką albo klamką, a ja mam tylko psa. Pp: Nooo, tak, ale… C: Dobrze, zapięłam. Dobranoc. Pp: Ekhe blkk, glup
No i poszłam z psem na smyczy – w dzielnicy gdzie noże latają nad głowami. Ale co mi tam kozak jestem, to sobie poradzę. Nie raz mnie już napadano i żyję. A Panowie władza, najpierw poleźli za babcią z jamnikiem, a potem stanęli w bramie (bo wiało strasznie) i tak ten ich patrol pieszy wyglądał. Psia ich mać!!! A Grzech miał ubaw po pachy kiedy Mu opowiedziałam o moim kolejnym starciu w policją:)))
…i można zacząć się byczyć…prawie. Prezenty zakupione: 1. Grzech – zegarek Timex Jakiśtam jedyny jaki wołał „KUP MNIE KUP”, 2. Mały John – bransoletka srebrna wybierana pół godziny, 3. Duży – sweter jak co roku i wstyd mi strasznie z tego powodu, 4. Teściuniunie – album ze zdjęciami naszymi i Grzecha i ramka ze zdjęciem Misiątka, 5. Moi Rodzice – album ze zdjęciami naszymi i moimi i ramka ze zdjęciem Misiątka, 6. Traktor – gumowy kurczak piszczący i kość z wapniem ważąca chyba 2 kg.
Mały John wrócił w sobotę. Przywiozła Limoncellę dla mnie jedną i dla Czupura drugą. Szkoda, że przez jakiś czas nie będziemy się mogły nią urżnąć koncertowo…Ale nadrobię kiedyś…
Za pomoc w sprzątaniu garderoby udało mi się wynegocjować baaardzo wysoką cenę. Ponieważ w zeszłym roku zaparłam się, że tego grzechowego burdeliku palcem nie tknę mogłam się wysoko wycenić. I tak ze godzinę sprzątania z pomocą Grzecha uzyskałam: 1. przygotowania gorącej kąpieli, 2. masaż stóp, 3. masaż relaksacyjny kręgosługa, 4. rozczesanie kłaków, 5. godzinne misiowanie. Powinnam zostać zawodowym negocjatorem:)))
Do umycia zostały mi dwa okna. Grzech dziś w Raciborzu, więc przed korkami może uda mi się je machnąć. Jeeeeeeezu jak mi się nie chce. Chałupy stroić mi nie wolno, bo Grzech zaparł się wołami, że zrobimy to we czwórkę – znaczy On, ja, Misiątko i Traktor. Bo Traktor bierze czynny udział w ozdabianiu mieszkania, drąc dziób na choinkę, łańcuchy i światełka w gawrze. Szczur w świątecznych przygotowaniach jakoś nie bierze udziału.
Spać mi się chcę koszmarnie. Obudziłam się o 1.29 w celu udania się do sikalni, a po powrocie do gawry zastałam Grzecha rzucającego się po łóżku jak nie przymierzając karp. Coś Mu się śniło, bo gadał i mamrotał i przemierzał bezkresne przestrzenie łóżka we wszystkich kierunkach. Tym sposobem nie spałam do 3.00 prawie, a dziś wyglądam jakby mnie stado kombajnów przejechało. JA CHCĘ DO DOOOOMUUUU!!!!
w jeden taki zegarek, w drugi siaki zegarek, a w trzeci jeszcze inkszy. I Osiołek Grzech nie może się zdecydować. A było to tak… Obiecałam chopu, że Mu kupię na Gwiazdkę zegarek – jaki tylko zechce – duży, mały, złoty, stalowy, plastikowy, tani, drogi. Cena nie gra roli. Odłożyłam z korepetycji kasę, przez co nie kupiłam sobie nic od września, ale pal to licho – nie żałuję. Bo Grzech ma świra na punkcie zegarków, może oglądać godzinami. No i oglądał – od września. Z netu ściągnął chyba 400 zdjęć różnych modeli, przeglądał, wybierał. Zjeździliśmy Zabrze, Gliwice, Katowice, Chorzów, Kraków, Wrocław, Bytom – NIC. Niby Mu się coś podoba, ale czegoś mu brak – zegarkowi znaczy. Niby fajny, ale nie mówi wyraźnie „KUP MNIE!!!”. Krew mnie zalała we wtorek, kiedy w Platanie w Zabrzu po raz 4 wchodziliśmy do tego samego sklepu a Grzech nadal nie mógł się zdecydować. Ja się kura mać poddaję. Chcę zrobić chłopu dobrze i kupić Mu coś, czego nigdy sam by nie kupił, bo za drogo a On jeszcze marudzi. Dziś ostatnie podejście – podobno jakiś cudowny model pokazał się w naszym mieście. I słowo Cleosi daję, że jeśli dziś ten zegarek nie zostanie zakupiony to za całą uzbieraną kasę nakupię majtek męskich i wepchnę je Grzechowi w gardło. Przy 300 parze może się udławi…