…ludzie, którzy żyją beznadziejnie z własnej woli i do świata mają pretensje, że ich życie jest beznadziejne. Oto przykład. Na studiach w grupie ludzi mam róznych. Pośród nich są dwie niewiasty: jedna -Magda, lat ok. 30 panna, nauczycielka mieszkająca z rodzicami, i druga Agata lat 26, panna z facetem, z porażeniem mózgowym, mieszkająca samodzielnie, prowadząca fundację. Siedzę sobie i gadamy z Magdą o kinie… Magda: No bo moje życie jest takie monotonne, że jedyną rozrywką jest pójście z koleżanką do kina… Cleos: A kto ci przepraszam broni skakać na bungee na przykład??? M: No to przecież idiotyzm… (ze świętym oburzeniem) Na to odzywa się Agata z ławki obok: Agata: W takim razie musisz mi powiedzieć, że idiotyzmem było to, że w zeszłym tygodniu byłam 30 m pod wodą z akwalungiem, a w przyszłym miesiącu skaczę ze spadochoronem. M: Ale przeciez po tym możesz mieć problemy z kręgosłupem. A: (Wstając i ledwo stojąc bo ma problemy z poruszaniem się) Ja już mam problemy z kręgosłupem, ale to mi nie przeszkadza ŻYĆ. (uśmiecha się)
Pomyślałam sobie, że Magda powinna się pod ziemię zapaść, ale się nie zapadła. Przy innej okazji usłyszałam, że jestem za ambitna, podnoszę poziom i ona się musi z tego powodu uczyć i bardziej starać… M: …A ja nie mam aż takich ambicji i celów w życiu. C: To po coś tu przyszła? Po papier??? M: No bo ja nie mam czasu… C: To ja ukrócę twoje cierpienia dam ci glocka 9 mm, wladujesz sobie ołów w czaszkę i po kłopocie… (nie wytrzymałam). M: No bo koleżanka (zwracając się do mnie) mogłaby mi jak jest tak ambitna napisać artykuł na zaliczenie… C: A jesteś obłożnie chora i umierająca??? M: (Zdziwiona) A co to ma do rzeczy??? C: Bo wtedy ten artykuł można by traktować jako ostatnią posługę. (I wróciłam do jedzenia drożdżówki)
No kurna nie mogę. Brzydka nie jest, głupia pewnie też nie. Ciągle tylko mówi o tym, że do końca miesiąca ma 50 PLN, jest za stara na faceta i ma nudne beznadziejne, bezsensowne życie. Ludziom się chyba faktycznie wydaje, że do nadania życiu sensu i barw potrzeba bogowie wiedzą jakich pieniędzy. A przecież to bez sensu. Umilam sobie codzienność tym, że raz w tygodniu znajduję czas na kolorowy fantazyjny manicure, który sama robię. Tym, że w lesie na spacerze wepchnę Grzecha pod drzewo i strącę na Niego śnieg z gałęzi. Tym, że wyjdę czasem do knajpy z Grzechem, z Przyjaciółmi, poznam kogoś. Tym, że piszę książki i dużo czytam. Tym, że kiedy mam ochotę wrzeszczeć jadąc samochodem to otwieram okno i ryczę jak bawół. No czy to takie strasznie drogie i trudne rozrywki??? Sami pozwalamy sobie na monotonię i popadnięcie w jednostajne dom-praca-dom…i tak w kółko…A tak niewiele potrzeba…Czasem wystarczy oddać szalik, którego się nie nosi facetowi, który grzebie w śmietniku, żeby plucha stała się bardziej niebieska. Albo wysłać kartkę komuś kogo się tylko raz w życiu widziało ale lubi całym serduchem…albo pojeździć na dupolocie… Pewnie, że łatwiej jest, kiedy się ma kasę. Można iść do kina, do opery, operetki, teatru, dobrej knajpy, zaszaleć na zakupach. Ale moje życiowe szaleństwa, które dodają mi słońca nie polegają na wydawaniu kosmicznej kasy. Robię Wielkiego Śniegowego Strażnika Garażu i wiem, że niewiele 25 letnich bab babrałoby się w śniegu klęcząc i marznąc – i to jest moje szaleństwo. I dzięki temu jest mi dobrze i nie nudno. Chociaż oczywiście prościej jest usiąść w domu i powiedzieć sobie, że i tak nie ma się celu, nie zna się sensu i nie widzi się przyszłości dla siebie. Wszystkim ,którzy tak myślą mówię: NIE MARTWCIE SIĘ, CHĘTNIE WAS DOBIJĘ…
…że padam na twarz i nie mam czasu pisać, ani poczty odebrać, ani listu skrobnąć do Whoever, ani za przeproszeniem wystękać się spokojnie (pod warunkiem, że nie mam właśnie ciążowego zaparcia). Zmieniły się przepisy podatkowe od 1 stycznia. Urząd skarbowy nic nie wie, w ZUS pierwszy raz o ekwiwalentach sędziowskich usłyszeli ode mnie. Czeski film. Efektem tego jest, cotygodniowe przeliczanie i przeksięgowywanie już wypłaconych delegacji, bo co tydzien liczy się je inaczej – wg najnowszych doniesień bez kosztów uzyskania tylko podatek 19% i wlicza do dochodu. Ma-sa-kra. Byliśmy wczoraj we trójkę u lekarza. Trochę obaw, bo jednak konflikt krwi mamy. Spojrzał sobie na te moje wyniki i…: Lekarz: Nooooooo….hmmm…..taaaaaa…ma Pani takie wyniki, że do wojska może Pani iść. Cleos: Ja bardzo chętnie, nawet jutro. L: I powiem więcej…nie do takiego zwykłego tylko od razu do Iraku może Pani jechać na wojnę. C: ??? L: No bardzo dobre, fantastyczne. pani to chyba jakaś niezniszczalna. Pogadaliśmy potem jeszcze trochę o Misiątku i o mnie, zachciewajkach, mdłościach, a potem nie wziął kasy – za prywatną wizytę dodam. No mówiłam przeca, że ludzie mnie kochają. Oczywiście obie dziadkowe strony wykazały żywe zainteresowanie tym „co pan doktor/doktór powiedział”. Ubawiliśmy się z Grzechem setnie porównując reakcje Jego i moich Rodziców. Na hasło, że mogę iść do armii wyzwalać Irakijczyków. MOI powiedzieli: No córcia, zawsze chciałaś iść do wojska, to teraz przynajmniej masz podkładkę. GRZECHA powiedzieli: No on chyba zwariował do wojską ją posyłać. Nienormalny jakiś!!! (że świętym oburzeniem) Czy ci ludzie zupełnie nie mają poczucia humoru??? Ręce opadają. Na kolejne USG idziemy w środę 22-go. Grzech już się nie może doczekać.
7-go lutego mam exam, do którego jeszcze nic nie umiem. Opanowanie 3 ustaw, to nie jakiś kosmiczny wysiłek, tylko, że ciągle chce mi się spać i to może stwarzać pewien mały problem – jak się uczyć na śpiąco???
Na Walentynki idziemy do Opery na „Księżniczkę Czardasza”. Grzech nigdy na operetce nie był więc ciekawa jestem czy Mu się spodoba. Ja sztukę już znam, bo śpiewał w niej kiedyś mój Chrzestny Łociec-Wujo:))) Jak to zwykle bywa, spektakl znalazłam JA, bilety zarezerwowałam JA i w ogóle pomysł był MÓJ. Ciekawe co do tego wymyśli Grzech…już dawno nie dostałam przez gońca kwiatów do pracy, żeby mi te głupie baby zazdrościły:))) Może ktoś Mu podsunie ten pomysł…???Haloo???
A dziś żrę ogórki kiszone, których nie lubię zwyczajowo – znaczy się widocznie Misiątko lubi, bo inaczej to ja tego nie rozumiem… I idę na basen się zrelaksować i może trochę zdrowo zmęczyć. A potem na saunę, ale nie saunować się (żebym tu nie czytała słów krytyki) tylko potaplać w ciepłym basenie. Znaczy just relax. Miłego dzionka od siwego Scorpionka:)))
…chciałam na forum i ogólnie złożyć życzenia wszystkiego niebieskiego, słonecznego, misiowego, najlepsiejszego, dużo siły i radości i miłości obfitości. Niech Ci się Słoneczna Siostrzyczko wiedzie z tyłu i na przedzie i w ogóle niech się żyje kolorowo z każdym dniem bardziej Puchatkowo. I wszyscy się mają do tych życzeń dołączyć bo jak nie to w papę:)))
Second…chciałam powiedzieć, że ZUS oszalał, Urząd Skarbowy dostał kota, nikt nic nie wie, nikt mi nie potrafi pomóc i chyba skończę dzwoniąc do Departamentu Ubezpieczeń Społecznych do Wa-wy.
Third…czeka mnie ciężki dzień, kto może i potrafi niech przesyła reiki…chętnie przyjmę…Ale poza tym jest wesoło, ja rzekłabym nawet haraszo:))) I co za tym idzie MISIO MI i niech już tak zostanie:)))
…się nie kleił, więc zrobiliśmy koło garażu Wielkiego Śniegowego Pana Strażnika Garażu. Wielka głowa z uszami z puszek po piwie, włosami z okolicznych krzaków, oczami z kartofli, nosem z por, uśmiechem z nakrętek po Coli i szalikiem. Żeby mu zimno nie było. Urodził się w czwartek i stoi do dziś – trochę go tylko śnieg przysypał.
Taaak…Miriam i Iwa mają rację, niepotrzebnie się przejmuję głupim ludzkim gadaniam. Ataki terrorystyczny co prawda mam w nosie, i faktycznie powinnam być obrzydliwie szczęśliwa. I jestem, tylko czasem przychodzi chwila zastanowienia nad tym, gdzie popełniłam błąd, że tak niewielu ludzi traktuje mnie serio, poważnie – a reszta widzi tylko Cleos rżnącą głupa i przydatną do docinków. Nieważne. Czasem myślę sobie, że gdyby część tego narodu miała takie problemy jak ja kiedyś, nie dożyłaby obecnej chwili…(że sobie pozwolę prawie zacytować). A ja żyję i mam się dobrze…tylko czasem, kiedy nie chcę pozwolić sobie na jakiś kosmiczny dół, popadam w mały dołek braku zrozumienia. Bo tak naprawdę ludzi, którzy mnie rozumieją w 100% mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki. Reszcie tylko wydaje się, że coś o mnie wie, że coś rozumie, że mnie zna. Jakaś konkluzja??? Niekoniecznie…niech im się wydaje dalej – widocznie maska nr 5 działa prawidłowo i tak trzymać. Ci, którzy wiedzą, że to tylko kostium na codzień, wiedzą też, że pod spodem jestem ta prawdziwa JA i to się chyba liczy najbardziej.
…i sama siebie do psychiatry wyślę, jak Babcię kocham, no. Za te moje humory i zmiany nastrojów już dawno na miejscu Grzecha wpakowałabym mi porcelankę 9mm między oczy. Przykład – proszę bardzo. Wczpraj, godzina 21.30, gawra, układamy się do snu padając na pysk po nieprzespanej poprzedniej nocy Cleos: Źle mi…tak mi jakoś beznadziejnie…bo ja się Tobie już nie podobam…(łzy w oczach) Szlag trafił dzikie namiętności… Grzech: ??????? Cleos: Będę płakać…(jak mówi tak robi) Bo Ty widzisz we mnie już tylko Matkę Polkę a nie kobietę…co mam sobie zrobić z hormonami, co? (ryczy jak bawół) Grzech: ???????? Mija 10 sekund Cleos: No patrz jaka ja jestem nienormalna, no (śmiech)…przypadek kliniczny…(zwija się ze śmiechu)…nie słuchaj mnie bo bredzę… Grzech: ???????????? Mija 20 sekund podczas których Cleos śmieje się jak ogłupiała Cleos: (łzy w oczach) Bo ja się czuję paskudna i okropna…(płacz) a Ty mnie już nie uwodzisz…(szloch)i najłatwiej jest sobie wytłumaczyć, że mi ciągle niedobrze(spazmatyczny szloch) Jeeeeezu jaka ja jestem walnięta (śmiech) Bo Ty jesteś kochany, że mi gotujesz i robisz herbatki i troszczysz się o mnie (śmiech)…ale ja bym chciała… (płacz)…rozumiesz??? Grzech: Rozumiem.
A ja nie rozumiem, jakim cudem On mnie zrozumiał…Tiaaa…
…do 10 Sylwestra oceniam na 8. Przedstawieniie było super. Dobra muzyka, dobrze zagrane, żywa kultura przez duże „K”. Operetka spisała się jak zawsze. Po przedstawieniu był bankiet z tańcami. I tutaj wyszło na jaw prostactwo polskiej elity – szlag jej mać trafił. Na piętrze w sali bankietowej był szwedzki bufet. Zastawiony specjałami z gatunku kawioru, schabu ze śliwkami, kanapeczek mikroskopijnych, sałatek, koreczków. Nałożyliśmy sobie troszeczkę-ociupinkę mniemając, że jeszcze tu wrócimy. Mniemanie było błędne, gdyż naród jak szarańcza rzucił się na żarło tworząc na talerzykach 40 centymetrowe piramidy z kanapek uwieńczone koreczkami i żarł przy stole nie ruszając się na krok i nie robiąc miejsca nikomu innemu. Tym sposobem, kiedy wrócilismy do stołu pochłonięte były nawet ananasy, w które wmontowane były koreczki. No i zostałam głodna. Całe szczęście Grzech w odpowiedniej chwili wypatrzył, że podają dania gorące i tym sposobem razem z Fasolką nie umarłyśmy z głodu i wycieńczenia. Tańce były przy muzyce na żywo, ale był też i dj. Muzyka różna, ale dobrana z głową. Wyszło na to, że opuściliśmy z Grzechem może w sumie 5 kawałków. Trochę mnie potem bolał kręgosłup, bo jednak targanie Grzecha po parkiecie nie należy do zajęć łatwych (muszę Go nauczyć tańczyć w końcu), ale warto było. Dla tego błogiego bólu stóp i dla tego zmęczenia potem warto było to moje słoniątko przemiszczać pół nocy po sali:))) Po skończonej imprezie ukradliśmy sobie balony do domku i brnęłam z nimi po kolana prawie w śniegu, w szpilkach do samochodu. I niech mi ktoś powie, że o 3 nad ranem nie można się doskonale bawić na parkingu przed hipermarketem??? Jeśli ten parking jest monitorowany to współczuje doznań temu, kto to oglądał. No bo kto normalny jedzie rankiem w Nowy Rok na parking po to, żeby poślizgać się samochodem??? Po zrobieniu kilkunastu „ósemek”, kiedy żołądek z Fasolką miałam już w gardle wróciliśmy do domu. Poproszę więcej takich nocy w roku:))) I na tym wrażenia sylwestrowe się zakończyły. Nowy Rok spędziliśmy na kanapie…potem miałam urlop 2-go…teraz jest weekend i trzeba ulepić bałwana i wytarzać się z psem w śniegu:))) Lubię zimę:)))