…nie schudnę tyle, ile bym chciała. Powód??? Dieta MŻ nie wchodzi w rachubę, za bardzo lubię konsumieren machen. No i trudno. Pociesza mnie fakt drobny, że na hasło „cycki stramm chłopcy idą”, rozpinają mi się dwa guziki w bluzce. Nie oklapły znaczy tak całkiem… te cycki oczywiście, nie guziki. Staram się, no kura mać naprawdę. Po całym dniu w pracy i ganianiu Smoka po chałupie w celu „zagilgotać na amen” albo „odebrać ten wazonik po babci” albo „złapać zanim wpadnie do psiej miski z wodą” wsiadam na rower i jadę do Świerklańca. Moje drugie „ja” jedzie, bo pierwsze gapi się z tego rowerka w telewizor, albo czyta opasłe „Monte Cassino”. Iwa twierdzi, że do Świerklańca jedzie się 40 minut, no to ja te 40 minut przed telewizorem też jadę. Bez oszukaństwa. Po dojechaniu na miejsce opadam na glebę i ćwiczymy mięśnie brzucha aktualnie w zaniku. Czasy kaloryfera minęły bezpowrotnie.
Nie jem po 18. Nie jem słodyczy. Nie przegryzam między posiłkami. Piję hektolitry wody, chodzę na basen, aerobik, saunę.
I co??? I nic. Gucio jednym słowem. Waga od 5 lat tkwi w miejscu jak zaklęta.I nie to, żebym żarła jak prosię albo nawet stado prosiąt. Wszystko normalnie – posiłek spokojnie mieści się na talerzu.
Nie, nie zazdroszczę chuderlawcom, którzy mogą w siebie wrzucić tonę żarcia a i tak wyglądają jak patyczaki. Mam w pracy dwie takie. Nie nie chcę mieć figury modelki. Kicham na to. Lubię moją „klepsydrę”. Spoglądam w lustro i myślę sobie: tyłek jest więc jest co w spódnicę włożyć i zakręcić, cycki są można dekolt latem zapuścić i niejeden zapuści żurawia, nogi może nie do nieba, ani nawet nie do czyśćca ale za to proste a nie iksowato-ułańskie można by w krótkiej kiecce… No tak może by i można, gdyby nie to, że uda jak kurna dęby dwa… takie 100 letnie. Grube??? Niekoniecznie, mocne po prostu, wyćwiczone latami tańca i inkszych ćwiczeń, potem zaniedbane falują teraz tu i tam. I ten brzuch cholerny, szlag by go!!! Faraon ostatnią wizytą wpędził mnie w kompleksy i poczucie winy wobec własnego dawno niewidzianego kaloryfera. Ta to ma brzuch jak złoto!!!
I co ja mam zrobić??? Nie mam czasu na aerobik codziennie i basen co rano. 5 kilogramów niech sobie ktoś zabierze w pizdu. Oddam za darmo. Jeszcze dopłacę.
Jakieś dobre rady???
piątek, 28 października 2005
W życiu...
środa, 26 października 2005
Niespodzianki każdy lubi...
…więc sobie trochę wczoraj poniespodziankowałam.
A little bit of love affair – niespodziewanka dla mnie. Oczęta wpatrzone, zachwyt niemy i wyrażony werbalnie, wzdychanie i ogólny ślinotok. Generalnie rzecz biorąc fajnie jest się podobać i wiedzieć, że to nie pic na wodę w celu „przelecieć-porzucić”, jeno szczera zadyszka na widok mła. Tiaaa, chociaż nie ukrywajmy i bądźmy szczerzy o przelatywanie też chodzi i jak sobie TO przypomnę to O MATKO!!! I te słowa niebezpieczne „spotkaj się ze mną”. No nie mogę, no, ale posłuchać miło. Chociaż kto wie???
Nr 2 na liście zaskakiwaczy – po 7 latach niekontaktowania odnalazłam znajomego. Zaczepiając na gg obcych ludzi, wpisując „Brenna” w wyszukiwarkę kontaktów w końcu trafiłam na Jego przyjaciela. Pogadaliśmy jak nigdy dotąd. Zdobyłam zastrzeżony telefon domowy, komórkowy, nr gg i emilka. Mnie po prostu nie moża odmówić:))) I tym sposobem wieczorem wysmarowałam emilka, posłałam i już widzę Jego szczękę opadniętą na panele podłogowe w jakimś mieszkanku w Krakowie. To była kiedyś super znajomość – platoniczna wyjątkowo, bo On jest 4 lata młodszy. Pisałam Mu listy miłosne do wybranek Jego serca, uczyłam całowania, chodziliśmy na imprezy, na które Jego mama puszczała Go tylko dlatego, że szedł ze mną (o gdyby wiedziała), przegadywaliśmy całe noce leżąc w łóżkach po ciemku, tłukliśmy się na podłodze i łaskotali aż do domemtu dostania czkawki. To jeden z takich znajomych, któremu bez cienia rumieńca pokazałabym nowozakupioną erotyczną bieliznę, w celu ocenienia przez Niego czy rusza facetów:))) Tamte czasy nie wrócą na pewno, ale może uda się odbudować te kumplowskie realcje. O ile po tym emilku nie zatłucze mnie Jego kobieta:)))
Nr 3 – idziemy dziś do naszej Cioci Rehabilitantki, wyjątkowo nie w celu zbadania symetryczności kolców biodrowych, tylko po to, żeby Jej zanieść bukiet z liściowych róż. Obiecałyśmy ze Smokiem, że dostanie, ale pewnie i tak się zdziwi. Nie wszyscy jeszcze przyswoili, że u mnie „słowo droższe od pieniędzy”. Niech ma i Ona niespodziankę.
Nr 4 – Smok przespał 10 godzin, co oznacza, że ja nieprzerwanie od 23.30 do 5.05, a potem jeszcze drzemanko. Chyba w końcu stwierdziła, że da mi dychnąć trochę. Ad augusta per angusta, jak mówią starożytni Indianie. Było ciężko, ale może teraz już będzie dobrze i więcej takich niespodziewanych spokojnych nocy Smok nam zafunduje.
Nr 5 – szykuję niecodzienny prezent dla Grzecha. Ponieważ nasz livingroom Grzech wytrwale zdobi totemami indiańskimi i maskami plemion różnych postanowiłam bez Jego zgody/wiedzy zdobyć oryginalne meksykańskie indiańskie cacko. Szanse powodzenia misji oceniam na jakieś 80%. Nie, nie szukam rękodzieła wysyłanego seryjnie za granicę w celu „ucieszyć naród koralikami”. Szukam czegoś zrobionego w domku w górach, wyjątkowego, jedynego – i znajdę jak mi blog miły:)))
Nr 6 – 6 słoików sosu pomidorowego, 5 słoików sałatki ogórkowej, 4 słoiki marynowanej papryki. Mały John kocha nas bardzo:)))
Nr 7 – pan od naprawy piecyka gazowego przyszedł punktualnie, naprawił co trzeba, skasował 80 PLN czyli przyzwoicie i do tego był wysokim, zbudowanym brunetem dokładnie w moim typie (Who – dokładniusieńko, a myślałam, że tacy nie istnieją) i uśmiechał się słodko i boskim głosem rzekł na koniec „dobranoc” patrząc mi w oczy. O MAMO!!!
Być może to będzie dobry dzień.
niedziela, 23 października 2005
To ja proszę Państwa...
…wybywam do jakiejś republiki bananowej tudzież Kongo/Zambii/Nepalu/Innej Dziury – banany prostować i tresować małpiatki. Bo tutaj będzie niedługo taki cyrk, że mózg w poprzek staje i zwoje się prostują. Już widzę te demonstracje młodzieży wszechpolskiej obecne wszem i wobec i demolujące co tylko się da. Oczyma wyobraźni mojej widzę homofobiczne rządy, dyktaturę zacofania, zamordyzm i nepotyzm. Te urzędy do spraw kontrolowania kontroli kontrolujących kontrole. Biura nadzoru nad nadzorującymi nadzory kontroli. Tfu. A jak nam się prezydent pożal się bożku zgubi w Pałacu Prezydenckim to go nie znajdą przez tydzień, bo taaaaaaaaaki jest malutki – wystarczy, że za krzesłem stanie i już BOR ma co robić, bo będzie, że zaginął.
To ja już sobie pojadę gdzieś, ukulam małą lepiankę i będę żyła z rękodzieła tambylczego – koraliki jakieś będę robiła, wisiorki i inne maczugi.
Jesteśmy jednak narodem, do którego najlepiej przemawia populizm i bogata kampania wyborcza. Znaczy wychodzi mi na to, że ciemnota, głupota, biedota i tak póki co zostanie. Narodowi zostanie, mnie nie, bo ja w moim Tambustanie będę z tych koralików żyła jak królowa mając w nosie zaginonego we własnym domu prezydenta jakiegoś odległego, ubogiego i zacofanego kraju.
Żegnam.
czwartek, 20 października 2005
Inspiruję się...
…cudzymi notkami, bo niby dlaczego nie???
Tym razem u Zimna znalazłam porażający jadłospis dzieciora. Ktoś w ogóle tak gotuje??? Nasz Smok pochałania makaron pod każdą postacią, w każdej ilości i z każdym dodatkiem. I mięsko – duuużo mięska. Usmażenie piersi kurczaka i ugotowanie do tego 2 ziemniaczków, marchewki i brukselki to jakby nie jakaś filozofia. Albo makaron z czymkolwiek – może być pesto a la genovese, może być masełko, może być sos carbonarra z boczkiem, mimry z mamrami mogą być też.
Pośród wielu wad Cleos posiada i tę, że nie hańbi rącząt swych pracą w kuchni. Po pierwsze primo nie lubi, po drugie primo nie umie, po trzecie primo nie lubi się nauczać, po czwarte primo nawet gdyby się nauczyła, to każde jej danie przy grzechowej pieczeni w sosie miodowym i śliwkach byłoby niczym glut. W ciągu 4 lat Cleos uskuteczniła: 1 rosół, 1 pomidorową, 1 jajeczka z warzywkami. Wystarczy. (Oczekuję na powalającą krytykę i słowa dezaprobaty).
Gotuje Grzech. Gotuje tak, że dobre kucharki mogą nabawić się kompleksów, a co dopiero ja dwuleworęczna kucharzyna od osiemnastu boleści. I tak jest dobrze. On lubi, potrafi, kocha i co najważniejsze wychodzi Mu to znakomicie. Ja zdecydowanie wolę kładzenie listew przypodłogowych, i odnawianie mebli, i gwoździ wbijanie, i roboty naprawcze w chałupie. No tak mam.
WSZYSCY mi mówili „poczekaj urodzisz dziecko będziesz musiała zacząć gotować”. Urodziłam. Smok bogom dzięki przez 15 miesięcy z głodu nie padł. A ja jak nie gotowałam tak nie gotuję. I niech tak może zostanie, bo tym sposobem mamy pyszne grzechowe obiadki i wszystko w domu cleosowo ponaprawiane. A że role może trochę odwrócone??? Czy ja już mówiłam, że dziwna jestem???:)))
środa, 19 października 2005
Na placu przykościelnym...
…nazbierałam liści. Wieczorem, po ciemku, z psem ganiającym od krzyża do drzwi kościoła – cud, że mnie nikt nie przegonił. Potem do północy tworzyłam bukiety z liściowych róż. Jeden stoi na kuchennym stole, drugi dostanie dziś Marchwiak, kolejne będą się robić. Wyglądają pięknie jesiennie, Mały John się zachwycił – Jej też zrobię, a co!
Wszyscyśmy zakatarzeni. Koszmar. Jedyna pociecha w zakupach z Małym Johnem. Golf, koszulki, 6 bluzek, 2 spódnice. Do tego ożywiona konwersacja i śmiechy z paniami ekspedientkami. Dziwnym trafem zawsze trafiam na miłe panie i nie muszę się w sklepach wkurzać na złą obsługę.
Butów szukam. Kozaczków, śliczniusich, takich do spódniczek 7 co to je sobie kupiłam dwa tygodnie temu. I NIE MA NIGDZIE. Wszystko jakieś takie toporne i oklepane. Masakra.
U Who przeczytałam o uczciwych-nieuczciwych. I tak się zastanawiam ilu takich ludzi znam??? Co to mówią, że to mąż, jeśli to kochanek, że coś mają jeśli nie mają, że coś umieją jeśli nie umieją, że wiedzą jeśli nie wiedzą. Zakłamanych, żałośnie upiększających swoje marne życiorysy. Matko. Czy naprawdę tak ciężko jest się przyznać do życiowych porażek, pomyłek, niewiedzy, braku umiejętności, nieszczęścia??? Lepiej wmawiać ludziom znajomość 3 języków, chociaż skończyło się z trudem szkołę średnią z jednym angielskim zdanym na miernych??? Lepiej idealizować swój związek zamiast mówić jak jest i otrzymywać wsparcie??? Lepiej robić z siebie herosa, chociaż w gruncie rzeczy jest się słabeuszem??? Lepiej okłamywać obecną „miłość”, chociaż już żyje się chwilami z tą przyszłą Miłością??? Nie rozumiem. Przecież to proste – uczciwie żyć. Obiecaliśmy sobie z Grzechem, że nigdy się nie okłamiemy. I to dotyczy wszystkich dziedzin życia. Jeśli ubiorę się jak debil słyszę „Kochanie ta bluzka do tego nie pasuje” albo „przebież się bo tak Ci jest niefajnie”. Jeśli mnie się coś nie podoba mówię otwarcie, by nie gromadzić w sobie złości i rozwiązywać problemy u podstaw zamiast czekać aż narosną i poszukam sobie na przykład kochanka, żeby mu się wypłakiwać w rękaw w przerwie między orgazmami. No ja przepraszam, czy to jest jakieś nienormalne??? Czy proste, uczuciwe stawianie spraw, mówienie jak jest i postępowanie jak się czuje to jakiś debilny sposób na życie??? Nieżyciowy??? Niepraktyczny??? Niemodny może??? Wokół mnie pełno jest „upiększaczy” siebie i życia. I nie wiem kto jest szczęśliwszy – oni w swoim wyidealizowanym wyimaginowanym świecie, czy ja ze swoimi problemami i szczerością do bólu…
poniedziałek, 17 października 2005
Czy ja już...
…mówiłam…??? Na pewno mówiłam.
Najpierw więc piosenka…
na lewym półdupku
a prawy półdupek
zwisał jej za słupek
Ojdana ojdana
matulu kochana
wielka moja dupa
spadła mi ze słupa
Siedziała na dębie
i dłubała w zębie
a ludziska głupie
myśleli, że w dupie.
Ojdana ojdana
matulu kochana
bolą wszystkie zęby
zrobią dupę z gęby.
Siedziała na sośnie
płakała żałośnie
Matuś moja matuś
kiedy mi obrośnie
Ojdana ojdana
matulu kochana
kiedy mi obrośnie
latem czy przy wiośnie
Obrośnie obrośnie
jak baranio skóra
nie bydziesz wiedziała
kaj jest twojo dziura
ojdana ojdana
matulu kochana
nie byda wiedziała
kaj jest mojo dziura.
No. Takie przyśpiewki serwuje Mały John mojemu wielbiącemu subtelną muzykę dziecięciu.
Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości…
wiszą jaja po Leninie.
A chachary żyją
i gorzałę piją
z góry spoglądają
wszystko w nosie mają
Kto te jaja pocałuje
ten w robocie awansuje.
A chachary żyją
i gorzałę piją
z góry spoglądają
wszystko w nosie mają.
Jakieś pytania???:)))
piątek, 14 października 2005
Gdyby ktoś pragnął...
…porzucić swoje dotychczasowe ascetyczne życie, mieszkanie na słupie i drapanie się palcem po d… po nosie oczywiście, ta ja polecam „Greka Zorbę” Nikosa Kazantzakisa jako instrukcję jak to zrobić. Bardziej hedonistycznej, egoistycznej, przyjemnościowej postawy niż zorbowe całe życie do tej pory w literaturze nie spotkałam. W filmie zresztą chyba też nie. Carpe diem pełną gębą i do tego dobra, nie za duża, nie na mała dawka filozofii w pokręconym greckim wydaniu. Wino, kobiety – duuużo kobiet w wieku wszelakim, śpiew – w paru językach, taniec, muzyka santuri niczym trel słowika, słowiki, zbrodnia bez kary, rozpusta, rozpasanie, pełnia szczęścia, grzeszne uczynki, kreteńskie krajobrazy i dobra śmierć. Ideał życia dla współczesnego śmiertelnika, który porzuciwszy garniturek i aktówkę chce odkryć siebie i swoje ukryte dotąd głęboko nniezaspokojone „ja”.
Zalecam tylko uważać na współmałżonków wykorzystywanych do tego odkrywania żon i mężów, bo można dostać po gębie:)))

