…następuje… Kto pamiętał temu dzięki. Kto zapomniał, niech spada na drzewostan. Tyle.
Kraśko całkowicie mnie pochłonął. „Tunel” i „Orbita śmierci”. Dwa wieczory – dwie książki.
Od Grzecha – benjamin wielki jak stodoła i „Autobiografia” ukochanej Chmielewskiej. Potem goście, goście, goście, a na koniec kojący drink jeżynowy i lody nugatowe.
Humor popsuty sprawą Królika. Jeśli Ją zwolnią, być może straci prawo do opieki nad dzieckiem. Jeśli straci syna być może całkowicie się załamie. Przyjmowałyśmy się do pracy razem. Czasem miałabym ochotę walnąć Ją w ten rudy łeb, odwrócić się na pięcie, pokazać język tudzież palec. Jest kłótliwa, humorzasta, rozkapryszona, rozpieszczona, egoistyczna. Lubię Ją, chociaż jest trudna. Nigdy nie zrobiła mi nic złego, nie powiedziała złego słowa. Tymczasem teraz pół firmy, jeśli nie cała obgaduje Ją i robi zakłady czy wyleci czy jednak nie. Gdybym tylko mogła coś zrobić… cokolwiek… Parę pomysłów już podsunęłam (dzięki Dziobak), ale czy to wystarczy??? Może dlatego ten wczorajszy dzień niby uroczysty i specjalny był dla mnie jakoś smutny i zatroskany. Cholera. A może powinnam pogadać z Richardem??? Zadzwoniłam do Niej wczoraj, żeby powiedzieć, że będziemy o Nią walczyć. Rozpłakała się i szlochała w słuchawkę „Cleos ja już nigdy, obiecuję, że nigdy.” Nie załapałam, „już nigdy nie będę piła” – dokończyła i płakała dalej. Co mogłam powiedzieć??? „Trzymaj się słońce i nie dawaj się. Powalczymy.” No bo co innego??? Że Jej nie wierzę??? Że jeśli ktoś ma problem z alkoholem to nie powinien obiecywać cudów tylko po prostu się starać??? Że potrzebna Jej pomoc specjalisty??? Że nawet wtedy nie będę Jej wierzyła, że „już nigdy”??? O Matko, koszmar jakiś. Ciągle o tym myślę, bo Ona w gruncie rzeczy jest dobrą koleżanką, niezłą pracownicą i w końcu człowiekiem, któremu trzeba dać szansę, czyż nie??? Czy tylko ja tak myślę, czy może Richard też dojdzie do takiego wniosku??? Niech to się już wyjaśni, bo nie zasnę dziś spokojnie…
…ma rację. Zrobiłam podsumowanie i tak: Grzechowi Gwiazda dorobiła rogi, Rafiemu_Fafiemu żona (już była) dorobiła rogi, ojciec jednej mojej znajomej zdradza żonę, ktoś bardzo mi bliski podobnie, moja koleżanka spotyka się z żonatym facetem, druga będąc żoną bzyknęła znajomego żonatego, w pracy jedna ma TYLKO żonatych kochanków, druga pracowa ukrywa przed światem romans z żonatym z pracy, trzecia pracowa ma kochanka i jej mąż ma kochankę – taki układ, Bezradny bzyka co się rusza i na drzewo nie ucieka – żona nie wie chyba, blogowe znajome conajmniej trzy mają romanse i mężów w domu, MJ będąc z kobietą w związku nieformalnym zaseksił inną i to na tyle skutecznie, że się z nią potem ożenił „bo dziecko”, moja, nazwijmy ją Była Znajoma miała romans z kolegą z pracy – mąż na stanie, ktoś z Rodziny zdradzał regularnie. WNIOSEK: Być może Iwa ma rację, że nie warto ufać, nie ma prawdziwej miłości, a szacunek w związku i szczerość to przeżytki. Tylko w takim razie po co to wszystko??? To zakochanie, zauroczenie, oddanie siebie drugiemu człowiekowi??? Wizja dosyć makabryczna, dosyć dołująca i w ogóle niesłoneczna.
Dla poprawy humoru w dwa wieczory „Skorpion” Jana Kraśko. Kawałek dobrej sensacji zawsze jest mile widziany:)))
…567 stron opisów, który baon, którego dyonu, który pluton czy inna garstka ludzi rozwaliła nieprzyjaciela. I czyje nogi/ręce/głowy/jelita/inne wnętrzności poleciały w jakim kierunku. 567 stron wcale nie heroicznych wyczynów z uśmiechem zwycięstwa na ustach, tylko strachu, krwi, krzyku, walki. Bez patosu, zbędnych ozdobników w stylu „i szli na śmierć czwórkami z pieśnią na ustach”. I owszem, jest tam opisana scena, kiedy nie mając już amunicji i nadziei śpiewali hymn. Tylko czy to było bohaterstwo czy rozpacz??? Przeczytałam… z niejakim mozołem i chwilowym zniechęceniem, bo co strona to samo, co akapit podobnie, co kilka zdań śmierć i wojenne obrzydliwości. Jeśli ktoś nie kocha się w reportażu, nie lubi historii, a II wojnę światową ma w odwłoku, to ja zdecydowanie nie polecam „Monte Cassino” Wańkowicza. Nie ma szans, żeby nie-pasjonat dobrnął chociaż do 200 strony.
Po chyba 4 latach ruszania tylko przy okazji odkurzania, wczoraj wzięłam do ręki gitarę w celu wydobycia kilku dźwięków. Nastroiłam, opuszki palców zabolały odzwyczajone od strun – dźwięk wydobył się czysty. Pamiętam jeszcze… Chwila wspomnień… Tomek usypiający mnie grą na gitarze, wakacje spędzone na nauce „Ballady o Krzyżowcu”, mozolne tłuczenie sobie do łba i palców „Domu Wschodzącego Słońca”, ogień na kominku z gitarą w tle, Boski Alex i nasze najboskiejsze „Dwa serca, dwa smutki” śpiewane w duecie z Marchwiakiem, wieczory z przyjaciółmi w moim czarno-białym pokoju u Rodziców i wściekłe walenie w struny, gitara w szkole i przerwy między lekcjami wypełnione śpiewami całej klasy – na korytarzu, siedząc na torbach i plecakach. Pamiętam jeszcze… Potrafię… Może Smokowi się spodoba i będziemy sobie kiedyś rodzinnie grały-śpiewały??? Kto wie???
Wczorajsze poranne mgły przypomniały mi, że to jesień już. Okien kamienicy po drugiej stronie podwórza nie było widać do 11.00 prawie. Przyleciały gawrony, kruki i inne wrony. Straszą czarnymi plamami na dachach i szaroburym trawniku. Wydawałoby się, że tak się nagle zrobiło niesłonecznie. Nie dla mnie. U mnie ciągle słońce i tropikalne klimaty. Bo to ode mnie zależy jaką porę roku mam w sercu… nie od głupiej pogody:)))
…cztery lata temu na Otwartych Mistrzostwach Polski w Aiki Ju-Jitsu. Prowadziłam turniej a On przyjechał z Azerbejdżanu. Wyglądał tak, że gdybym Go spotkała w ciemnym zaułku spinkalałabym gdzie pieprz rośnie. Pokireszowana twarz, wybite dwa zęby, wstawiony złoty – typowy bandzior. Ciało wygimnastykowane do granic ludzkiej wytrzymałości. Przyjechał zwyciężyć – pokonał Go młodszy z Moskwy. Razem z synem robili pokaz walki na noże – krew w żyłach się mroziła. On krępy, czarnowłosy, czarnooki z zaciętością wymachujący ostrzem przed twarzą czarnookiego, czarnowłosego 9-latka. I ten 9-latek atakujący po to, żeby pokazać jak zabić. W przerwie, w kawiarni okazał się miłym człowiekiem, mądrym życiową mądrością nabytą w zaułkach Baku, na matach walk amatorskich za pieniądze, w kraju, gdzie przeżywają najsilniejsi i najsprytniejsi i ci, którzy potrafią posługiwać się nożem lepiej niż inni. On potrafił. To Go zgubiło. Po turnieju wrócił do ojczyzny i w bójce ulicznej zabił człowieka. Ten, który opowiadał pięknie o azerskich krajobrazach i z miłością o rodzinie i kraju. Ten, który delikatnie głaskał głowę syna tuż po pokazie. Spędził w więzieniu dwa lata. I dalej był mistrzem noża. To widocznie nie podobało się młodszym, chcącym Jego tytułu mistrza. Zamordowali Go podrzynając od tyłu gardło. Tchórze. Gdyby stanęli z Nim twarzą w twarz nie mieliby szans. Tymczasem nawet nie zdążył wyjąć swojego noża – srebrnego z inkrustacjami z masy perłowej. Noża nie zabrali… z szacunku dla Jego mistrzostwa. Paranoja. Z tym nożem Go pochowano. Jego syn teraz 13-letni jest teraz mistrzem juniorów. Najlepszym. Czarne oczy z zawziętością śledzą ruchy pzeciwnika na macie, po to, żeby zadać ten jeden jedyny kończący walkę cios. Gdyby znalazł morderców ojca zabiłby z zimną krwią i po mistrzowsku – jestem tego pewna. Dowiedziałam się dzisiaj… To był naprawdę wyjątkowy człowiek…
…a la Michael Jackson to NAPRAWDĘ aż taka ekstrawagancja, żeby WSZYSCY w drodze z domu do pracy gapili się jak sroki w g… w gnat oczywista??? Tudzież niczym cielęta w malowane wrota??? Bo ja nie rozumiem tu czegoś chyba… Dwa dni temu, NIKT nie zwracał uwagi na megagigantyczne tapiry na łbach, wypacykowane laleczki Barbie na hiperwysokich obcasikach grzęznących w cmentarnych opadniętych liściach, na futra fioletowe, gdy słońce wali tak, że lato się przypomina, na ogromniaste kolczyki obrywające uszy. NIKT. Wszyscy za to robili – jak to z Offcą ustaliłyśmy – lansu lansu podczas transu. Dwa dni temu, ten, kto miał ochotę mógł wdziać nawet płaszcz z suszonych wyprawionych kup krowich i byłby trendy i normalny. DZISIAJ kapelusz na głowie doprowadza naród do spazmów zdziwienia. Ludzie są jednak dziwni.