licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

czwartek, 16 lutego 2006

Rozpędzony niczym pociąg...

…Smok przydzwonił czerepem w otwarte drzwi lodówki. Padł. Popatrzył chwilę tępo w sufit. Wstał. Powiedział „AJĆ”… i pognał dalej… z tą samą prędkością.

Rozbawiony Smok sturlał się z kanapy. Zakwilił. Cmoknął leżącego pod stołem Traktora w ucho. Wyraczkował na środek pokoju. Pognał… i rozjechał się na kafelkach.

Smok tarza się w poduszkach-kwiatkach. Wstaje. Wali głową w huśtawkę. Łapie się za bolące miejsce… i rzuca ze śmiechem poduchą w mła.

Puenta???
Wchodzi Grzech do łazienki, gdzie Smok się kąpie, a ja nie wiadomo dlaczego jestem mokra od stóp do głów.
Grzech: No tak… Mam w wannie potwora. Moja kobieta robi karierę. Zostałem sprowadzony do roli kury domowej. I jak tu mam nie być szczęśliwy???

Wszyscy jesteśmy:)))

A Warszawa sama do mnie zadzwoniła. I będę miała ten tekst:)))

niedziela, 12 lutego 2006

Szczerbaty aniołek...

…oprawiony w granatową ramę czeka na nową właścicielkę. Może w końcu kuzynki się poznają:)))

„Powrót Szakala” – Oakley’a, a potem „Papierowy człowiek” Hammetta. Jakby ktoś szukał przepisu jak zaostać alkoholikiem w dwa tygodnie, to ja polecam serdecznie.

Mój Nadworny Dentysta – jedyny, którego się nie bałam panicznie – wyjeżdża na kontrakt do Irlandii. Protestuję, chociaż Mu życzę wszystkiego najlepszego. Kto mi teraz będzie oglądał paszczękę???

Zaproszenia ślubne będzie nam malował artysta malarz. Taki prawdziwy, nie to co ja. Taki, co to ma swoje wystawy, od czasu do czasu sprzeda jakieś arcydzieło. Malował będzie zwyczajnie, nie żadne cuda-dziwy, tylko tak, żeby pasowało.

We wtorek Łosroł. Lansuję się. Grzech się śmieje, że mi palma odbije i woda sodowa i pranie mózgu i trepanacja. A ja po prostu jestem dziko szczęśliwa, że robię to, co lubię i jeszcze prawdopodobnie się do tego nadaję.

6 godzin malowania dziecięcej sypialni. Krowa kręcąca zadem, różowa obrzydliwie świnia, owca z uśmiechniętym niczym Offca pyskiem, płot, a na płocie kot. Mogłabym tak też zarabiać na życie. Tylko jakie ogłoszenie zamieścić??? Że co? Freski? Zdobienie ścian? Malowanie? Naścienne malowidła? Na razie pocztą pantofową zarabiam dodatkowo-weekendowo. Proszę mię robić reklamę. Dziękuję.

Spotykani ludzie ze Starej Formy mówią, że szkoda, że mnie nie ma. Miłe. Nie żałuję.

Smok na basenie biega, wsadza czerep pod wodę nie zamykając ust, potem krztusi się i prycha „maaaaaaaama, maaaama”. Mama reaguje „zamknij dziób, bo się utopisz wariatko”, po czym pluskamy nogami rozchlapując wodę po całym pomieszczeniu. Dobrze, że jesteśmy same. Możemy śpiewać o ogórku i Zuzi i prywatce u misia Uszatka i ufoludkach i kolędy i o chacharach – na całe gardło, parskając śmiechem co chwila. I możemy robić sobie deszczyk i udawać wieloryby i w ogóle zachowywać się jakbyśmy obie miały półtora roku.

Jestem twórczo samozaspokojona. We wszystkich planach i marzeniach o tym, co będę robić w życiu. Jeszcze tylko niech ktoś zechce wydać moje książki i chyba się nawrócę ze szczęścia:)))

czwartek, 9 lutego 2006

W wielkim białym gabinecie...

…z czarnym kosmicznie ogromnym biurkiem i skórzanymi fotelami siedzieliśmy sobie radośnie. W zabytkowym kominku nie trzaskał ogień, ale całe wnętrze robiło wrażenie. Pan Prezes – o matko i córko Polko i przenajświętsza – 190 cm sexapilu przyodzianego w czarny gang i czarną koszulę, z łysym łbem na szczycie i brązowymi jak ciemne piwo oczyma. I ten głos. „Czego się pani napije, pani Cleos?” Ambrozji słów twoich o panie… Chyba się zakochałam:))) Samczy faceci, z mocno zarysowaną szczęką, głębokim głosem i zgrabnymi dłońmi, to jest to, co Cleosie lubią najbardziej.
Pierwszy profesjonalny wywiad, nie na zaliczenie, nie po to by zadowolić jakieś babsko z uczelni, ale po to by zarobić konrektną kasę i wykazać się talentem dziennikarskim okazał się pestką. Naprawdę. Po prostu, zawyczajnie, jakbyśmy znali się 100 lat, ja pytałam, on mówił, w tle brzdęk szklanek i jego śmieszny dzwonek telefonu.
Kierowca przyjechał po mnie, otworzył drzwi „Pani Cleos proszę bardzo, zawiozę Panią do kopalni złota, zwiedzi Pani sobie i zadzwoni po mnie, kiedy trzeba będzie Panią zawieźć na dworzec”. Alexis kura mać jak nic. Zwiedziłam tę kopalnię, a jakże. Ze zjeżdżaniem po rynnie włącznie (w szpilkach i futrze dodam dla pełnego wizerunku – i z aktówką). Kierowca przyjechał 10 minut po telefonie, otworzył drzwi „na dworzec?” – zapytał. Of kors. Jestem debeściak krótko mówiąc.
W przyszłym tygodniu jeśli wszystko dobrze pójdzie jadę do Warszawy na kolejne spotkanie. A co!!!

poniedziałek, 6 lutego 2006

Bierzemy proszę Państwa tak:

20 dkg masła
20 dkg gorzkiej czekolady
20 dkg cukru
20 dkg zmielonych orzechów włoskich
3 jajka
polewę czekoladową.

Rozpuszczamy masło, czekoladę i cukier w jednym garnku co by nie namarasić za bardzo. Dodajemy zmielone orzechy i mieszamy, aż nam ręka odpadnie i masa wystygnie. Pakujemy do środka 3 żółtka, z białek ubijamy pianę klnąc na mikser co się psuje, po czym pianę też pakujemy do masy. Mieszamy do upadłego. Tortownicę wykładamy folią aluminiową i żeby nam do głowy nie przyszła jakaś głupia bułka tarta bo wszystko szlag trafi. Wlewamy masę i 45 minut pieczemy w 160 stopniach. Czasu pilnujemy jak wściekli, bo jak będzie za krótko to będzie surowe, a jak za długo to się wysuszy na wiór, a nie o to nam chodzi. Po 45 minutach jak w pysk strzelił, wyjmujemy, czekamy aż wystygnie i polewamy masą, której resztki pożeramy zachłannie.

A potem padamy na kolana przed paterą z ciastem i walimy czołem w podłogę oddając hołd (może być pruski) najlepszemu ciastu na świecie. Nie odchodzimy od ciasta póki nie zeżremy całego, bo inaczej istnieje spore prawdopodobieństwo, że uprzedzi nas pośliniona z zachwytu rodzina.
Smacznego:)))

piątek, 3 lutego 2006

Najpierw...

…”Śpiączka” Robina Cooka, teraz „Zawodowcy” Jacka Oakley’a – podróże autobusowe mi slużą zdecydowanie.

Panowie z portierni uśmiechają się rano promiennie oczekując kolejnego dziwactwa po bobrze na głowie i różowym futrze. Nie będzie, mili panowie, nie będzie następnego. Przez jakiś czas przynajmniej.

W czerwonej kapuście serwowanej do kurczaka w naszej stołówce znalazłam 1/2 końcówki kranu. Kawał blachy. I zamiast karczemnej awantury, odszkodowania, abonamentu miesięcznego na żarcie, Cleosia upomniała się tylko o zwrot kasy za posiłek i pozostała głodna jak pies do końca dnia. Gratulujemy spokoju i radosnego nastroju.

W poniedziałek potwierdzam mój pierwszy wywiad. Trzymać kciuki, żeby Dyrektor Bucik miał dobry humor.

Obrączki leżą w sejfie i czekają na swoją wielką chwilę. Nie mogłam się oprzeć – przymierzyłam. Będzie mi w niej pięknie.

Wszystko się układa. Więcej szczęścia niż rozumu??? Czy po prostu wynik pozytywnej wizualizacji???

środa, 1 lutego 2006

Wystarczy...

…włożyć różowe futro, żeby facet pytający o drogę na dworzec PKS zadawał pytania jakby gadał z debilem, uśmiechał się kretyńsko, a na koniec zaproponował szybki zarobek.
No proszę – nie ulegajmy stereotypom:)))