licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

piątek, 3 marca 2006

Z jednej strony...

…złoto-pomarańczowa kula słońca nad dachami. Żyć nie umierać.

Z drugiej…
?
Proszę państwa…
??
Nowotwór…
???
Złośliwy…
????
Zobaczymy…
Żyć!!! Nie umierać…

wtorek, 28 lutego 2006

Godzina 22:32...

…frytki z majonezem. Tak, tak – wiem – to nie jest najlepszy sposób na dietę, ale chciało nam się, no to co miałam zrobić???

W ramach dyskusji biurowych Kermit wyznał, że prezesi na pewno nie słuchają Tofiki, tylko patrzą w Jej biust tudzież tyłek. Wcale się nie dziwię. Sama bym patrzyła, gdybym była samcem.
Mnie też się usłyszało „Bo u Cleos, to mnie podnieca jej osobowość”. Zawsze wiedziałam, że mam porażające zwoje mózgowe:)))

Wybieramy projekt domu. Wstępnie. Przeglądamy strony www, kłócimy się o ilość balkonów i wielkość tarasu. Nie ma kasy, ale są marzenia – to chyba ważniejsze. Reszta przyjdzie sama, tak sądzę. Najważniejsze, że wiemy czego chcemy i mamy jakiś plan, jak to osiągnąć. A zresztą… ja ZAWSZE dostaję to, czego chcę, więc jakby nie ma obawy – dom stanie prędzej czy później. Who, może jednak sprzedasz nam tę działkę???:)))

niedziela, 26 lutego 2006

Może ja faktycznie...

…jakaś wyjątkowo upierdliwa jestem… Nie wykluczam takiej możliwości, bo to nawet dosyć prawdopodobne jest. Ale mnie się wydaje tak… Człowiek na stanowisku, wykształcony podobno, reprezentant narodu, minister rządu PiSuarów, powinien się umieć wysłowić w swoim ojczystym języku przynajmniej na poziomie konwersacji podstawowej, że już nie wspomnę o elokwentnych wypowiedziach. I tu nie chodzi o moje poglądy polityczne i o to, że się w wyborem większości Polaków nie mogę pogodzić. Absolutnie. Tu chodzi o mój wybitnie humanistyczny umysł i o niejaki zmysł estetyczny jeśli o mowę chodzi. Przywiązuję wagę, a jakże, do tego jak mówię i jak mówią inni, chociaż oczywiście w niektórych kręgach znajomych – jak każdy chyba – pozwalam sobie na luz i słowotwórcze śmiesznostki. Tak. Słownik Języka Polskiego podaje:
fakt – to co się wydarzyło, nastąpiło, zostało zrobione, zdarzenie. Fakt historyczny, dokonany, stwierdzony. To co istnieje w rzeczywistości lub daje się zweryfikować.
I nagle słyszę z ust polityka o „fakcie realnym”. A są nierealne przepraszam??? A zaraz potem „jeśli komuś porwią dziecko, to…” Ja wiem, że tego pana nie dopuścili za pierwszym podejściem do egzaminu prokuratorskiego, bo za cienki był. Więc może w ramach ministrowania sprawiedliwością, skoro już nie ma lepszych pomysłów, niech się sprawiedliwie ukarze i samobiczuje albo przysiądzie nad słownikiem poprawnej polszczyzny.
Bo mnie się odechciewa żyć i mieszkać wśród analfabetów na wysokich stołkach. Naprawdę.

piątek, 24 lutego 2006

Kupujemy wiadomą...

…gazetę… czytamy teksty Cleosi… piejemy z zachwytu…wycinamy i oprawiamy w ramkę… wieszamy nad kominkiem ku chale mła. Dziękuję:)))

Dalszy ciąg autobusowych lektur: „Głęboki sen” Chandlera, „Wielki Szu” Purzyckiego. Tratuję staruszki, zdobywam miejsce siedzące i czytam, czytam, czytam. A jak się trafi jakaś wytrzymała (staruszka znaczy) to uwieszam się rurki (i otóż nie tańczę, tylko) czytam, czytam, czytam.

Pracowa imprezka. Kermit parodiuje moje rozmowy telefoniczne z Grzechem. Wszyscy płaczą ze śmiechu. Tofika opowiada coś i kilkakrotnie niemal wybija mi lewe oko – rozbudowana gestykulacja to podobno cecha Włochów – czyżby? Gremialne obgadywanie Ewelizardy – czkało jej się pewnie do rana. Luz, blues i kurdebele fajnie było. Wszyscy czekamy na te trzy dni w SPA, które szykują nam się w marcu. Już to widzę…

czwartek, 23 lutego 2006

Euphorbia Trigona...

…puściła się jak głupia. W środku zimy, w trzech miejcach. Oszalała czy co??? Wiosny jej się chce pewnie a tu ni chu-chu.

Dla Offieczki naszej kochanej życzenia dzisiaj wyszystkiego słonecznego, żeby wieża stała się miejscem wybawienia przez Księciunia i żeby wszystko było po offczemu. I żeby Jej wiadomo kto, zdychał wiadomo gdzie, wiadomo z czym. STOOOO LAAAAAT STOOOOO LAAAAAT, w zdrowiu w szczęściu w celibacie niechaj żyje nam… ekhe… w pomyślności miało być oczywista:)))

Babska impreza się organizuje. Grzech zapowiedział, że o 20.10 ogląda swój serial – bez względu na wszystko. Już to widzę… Tu tarot, tu sałatka, tu ploty, tu dyskusje o tym, jak to strasznie z facetami i bez nich, a pośród tego wszystkiego Grzech z pilotem. Niech sobie chłopina żyje marzeniami i ułudą…

wtorek, 21 lutego 2006

Wieże schowane...

…we mgle. Ano, i ja mam swoje wieże, tyle tylko, że Offca w swojej mieszka, a ja w swoich pracuję. Wjechałam na moje naste piętro, a tam za oknem mleko. Niesamowite uczucie mieć chmury za szybą.

Mija 57 dzień. W końcu ktoś wybuchnie i stanie się jakieś nieszczęście. Jak długo można???

Fotograf, kamerzysta i kierowca z samochodem załatwieni. Grzech mnie przekonał – jedziemy do ślubu zupełnie czym innym, niż planowaliśmy na początku. Niech chłop ma i się cieszy, w końcu żeni się ze mną, a potem może już być tylko gorzej:)))

Drugi tydzień przesypiamy całe noce. Smok we własnym łóżeczku, my we własnym. Legowisko w dzieciowym pokoju jeszcze funkcjonuje, bo muszę tego potwora jakoś usypiać, ale myślę, że już wkrótce pożegnam się z tym sprzętem. Dzielna Smoczyca:)))

Myślałam, że mi się sąsiad psychopata zresocjalizował. W kwietniu zeszłego roku poszedł siedzieć za znęcanie się nad matką. Grzech wydatnie mu w tym siedzeniu pomógł zeznając przed sądem co trzeba. Psychol posiedział do końca grudnia, po czym za „dobre kura jego mać sprawowanie” wyszedł. I był spokój. Mówił ładnie „dzień dobry” i kłaniał się w pas. Kleju nie wąchał, awantur nie robił – no anioł nie człowiek. W zeszłą sobotę wracałam ze Smokiem z basenu. Grzecha nie było, więc musiałam jakoś wtargać wózek i Smoczycę do domu. Spotkałam go na schodach. Złapał wózek JEDNĄ ręką i wtargał na DRUGIE piętro. Dla ułatwienia dodam, że w koszu wózka znajdowała się dosyć ciężka torba z mokrymi ręcznikami i innymi basenowymi bzdetami. Serce mi stanęło, jak go zobaczyłam, porywającego mój wózek, ale myślę sobie „nawrócił się” oraz „temu panu nie podskakujemy, bo jak nam przefasonuje buźkę tą silną łapą, to nam będą robili rekonstrukcję twarzy”. Podziękowałam grzecznie za wniesienie wózka i tyle. Cud się stał i więzienie kogoś zmieniło na lepsze…
Dwa dni temu jego matkę zabrało pogotowie, bo tak jej czymś przydzwonił w czaszkę, że straciła przytomność. A my przez dwie noce z rzędu mieliśmy koncert naćpanego wycia, walenia hantlami w podłogę, skakania, darcia się przez okna, biegania po klatce schodowej w samych batkach i inne atrakcje, o których prawie zapomniałam. Widać jednak się nie zresocjalizował cholera. Znaczy trza go tam posłać spowrotem, niech nad sobą pracuje…

niedziela, 19 lutego 2006

Padła kablówka...

…Grzech w rozpaczy.
Grzech: (na wdechu) Gdzie jest jakiś rachunek z kablówki, żebym mógł zadzwonić do obsługi klienta. Tam chcą jakiegoś numeru…
Cleos: W teczce.
G: W jakiej teczce?
C: Z rachunakmi, fakturami i umowami.
G: Co na tej teczce pisze?
C: Mówi się „jest napisane”. Nic.
G: A gdzie ta teczka?
C: W sypialni.
G: Ale gdzie?
C: W szafce z teczkami.
G: W której szafce?
C: (Powoli tracę cierpliwość) Mamy tylko jedną szafkę z teczkami.
Mija chwila podejrzanej ciszy. Wchodzę do sypialni sprawdzić czy może nie grzebie w mojej bieliźnie w poszukiwaniu tej teczki.
G: (z obłędem w oczach) Pokaż mi, która to teczka!!!
Sięgam po tę na samym wierzchu i od razu otwieram na właściwej foliałce.
C: Proszę bardzo.
G: Dobra. Dzwonię. Gdzie jest telefon???

Poddaję się. Na szczęście pamięta gdzie jest sikalnia i nie myli klopa ze zlewozmywakiem.