…czwarty dzień. Wprowadziłam w życie kolejne dwa pomysły. Omawiając z Szefem S. pewien newralgiczny punkt nie wytrzymałam”Szefie mnie nie obchodzi czy ona ma zespół napięcia przedmiesiączkowego, czy się pożarła z mężęm, ma się uśmiechać 8 godzin, jak nie to do widzenia” – zawahał się tylko chwilę „Pani Cleosiu jakby co, to druga żółta kartka i wypad.” Znaczy może żmija jestem, ale nikt mi tu nie będzie bruździł w wizerunku firmy i obniżał obrotów salonu. Dostałam kolejne zielone światło na znalezienie przyczynowego sposobu na wykopanie pani na zbity pysk. Nieźle jak na ten 4 dzień. W przeciwieństwie do Who nie mam wyrzutów sumienia ani oporów, żeby pozbyć się babska, które nie tylko nie jest przydatne, ale i odstaje od całości. 23-25 maja targi. A do tego czasu oprócz targów cała masa WSZYSTKIEGO. Uwielbiam Nową:)))
Robię Smokowi kolację. Cleos: Smoku, chodż weź sobie talerz z bułką. Tylko nie upuść. Smok: Dziętuję mamo, to dla mnie zaścit.
Szefowa ze Starej przysłała mi świadectwo pracy. Poprawione. Jedyny drogiazg to to, że wysłałam jej @ wzór świadectwa pracy z wypełnionymi przeze mnie danymi dotyczącymi mnie na niebiesko. Nawet jej się nie chciało zmienić koloru. Wydrukowała na niebiesko, podpisała i tyle. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma:)))
… na polu widuję od trzech dni STADO bażantów. Nie dwa, nie trzy, nie pięć nawet tylko NIE WIEM ILE, ale DUŻO BARDZO.
Jutro pierwsze poważne pracowe spotkanie. Od tego zależy czy będę miała co robić i czy uratuję Księżniczkę Zadziora. Kurna będę się starać.
Postanowiłyśmy z Czarną, że w ramach szkolenia języków jednego dnia w tygodniu m ówimy do siebie tylko po germańsku (ja się podciągam), innego po angolsku (ona ćwiczy spikanie).
Dostałyśmy drugie biuro, w którym w ciągu pół godziny wytężonej pracy chłopaków z produkcji, targających stoły w te i we wte powstała nasza osobista sala konferencyjna, gdzie będziem robić burze przysadek mózgowych.
A może pojadę na targi do New Delhi??? Szef S. dwa lata temu zaprzestał targowych wyjazdów za granicę. Ale skoro można do tego dostać dofinansowanie z Ministerstwa to ja nie widzę powodu.
Błagam niech mi ktoś wyśle @ Michaela Buble „Evertything”, bo mnie pozytywnie nastraja, a nie mogę znaleźć:)))
…Nowa:))) Przez pierwsze dwie godziny ustawiałyśmy z Czarną szafy i regały… w prawo, w lewo, nie może jednak w prawo, albo na drugą ścianę, albo na trzecią, bez sensu jednak na pierwszą i w lewo. Przez kolejną poukładałyśmy wszystkie materiały jakie dostałyśmy „na już.” A potem spoczęłyśmy w błogim nicnierobieniu i oczekiwaniu na komputery. Komputery przyszły z pokoju po drugiej stronie korytarza, gdzie urzędują Nadworni Informatycy. Potem przyszedł Szef Skorpion i powiedział, że On wiedział, że zrobimy z tego biura fajne miejsce. A potem w ramach powitalnego prezentu kazał chłopakom przytargać nam dwumetrowego filodendrona, a potem się rozpędził i dostałyśmy też od Niego paproć o obwodzie i długości 120 metrów, potem drugiego filodendrona, a potem trzeciego. Pewnie się ich pozbyć chciał:))) Tym sposobem pracujemy z Czarną w dżungli i do biurek docieramy za pomocą maczety. Na koniec zostałam wezwana i obarczona pierwszym zadaniem, które w momencie wchodzenia do gabinetu Szefa Skorpiona miałam zrobione już w 3/4 – tak mi się samej z siebie zachciało to zrobiłam. Za oknem jeżdzi nam koparka i inne maszyny budowlane, które stawiają kolejną halę, korytarz w kolorze nasyconego turkusu wiedzie do łososiowej dżungli. Czarna jest czarna, gadatliwa, klnie jak szewc, gada tyle co ja i w ogóle jak się nie pozabijamy, to się pokochamy. A w budynku są same samce i my – dwie baby:))) Misio mi:)))
…Who są zawsze o tyle fascynujące, co w zasadzie przewidywalne. Mianowicie dziś znów najpierw ja burosuczo, nie zważając na uczucia wyższe, niższe czy też pełzające pojechałam Jej po rajtuzkach, a potem Ona vice verso i odwrotnie nie zważając na uczucia w/w, równie burosuczo, pojechała mnie po rajtuzkach. W rezultacie, żadna z nas się nie obraziła, nie uniosła, nie prychnęła niczem kotka, jeno przyjęłyśmy do wiadomości, że w tym związku NIC się nie zmiania bez względu na to jak często się widujemy. Zawsze, niezmiennie, stale jesteśmy równie burosucze i obrzydliwie sobie dogadujemy, wyszukując wszystkie słabości i słabe punkty rozumowań (o ile w ogóle jesteśmy podczas tych konwersacji zdolne do rozumowania). Niniejszym chciałam tylko zaznaczyć, że jeśli będzie to czytał Słaby Punkt Who, to niech się chociaż trochę uśmiechnie i namówi Who do opowiedzenia o kamerze w zlewozmywaku.
…szczerze, serdecznie i z całego serca, a do tego wcale nie skrycie zazdroszczę Calenduli i Johny’emuB…, że mogą sobie Anię uczesać w urocze kucyki. Ja też mogę oczywiście uczesać Smoka w podobnie urocze kitki, aczkolwiek, azaliż poniekąd będą się one trzymały na smoczej głowie jakieś 23 i 1/2 sekundy, co i tak jest znaczną poprawą w stosunku do paru miesięcy temu. Nie da sobie maupa przetłumaczyć i koniec. No trudno może do tego dorośnie:)
Po drugie primo Smok zmusza mnie do wymyślania bajek. I to nie takich, że bla bla bla za górami i lasami i krasnoludki, tylko takich, że królewna Smoczka i rycerze i morał na koniec. Wczorajszej nocy obudziła się z płaczem odmawiając wysłuchania w ramach pociechy po złym śnie „Chatki Puchatka”, „Gęsiareczki” i innych. W rezultacie powstała bajka o of kors królewnie Smoczce oraz książętach Italo Disco, Dietrichu von Smród, Cingis-Chamie i Van Den Glucie, którego to ostatniego królewna Smoczka poślubiła i żyli długo i szczęśliwie otoczeni czeredką dzieci o włosach koloru świński blond. Błagam nie proście o szczegóły, gdyż wznosząc się na wyżyny bajkopisarskiego kunsztu w środku nocy stworzyłam cudo do niczego niepodobne:)))
Po trzecie primo, pojechalimy do kina na „Sezon na misia”. I powiem tak: niczym jest bajka w technologii 3D, niczym dowcipne dialogi, niczym humor sytuacyjny w porównaniu z tym, jak Smok założywszy okulary do trójwymiaru wyciągał łapki przed siebie, żeby se tego misia pogłaskać, albo złapać wiewióra, albo jak uchylał się przed pędzącym samochodem, albo jak rozglądał się gdzie jest u diaska ten deszcz co pada na jelenia. Ubawiłam się podwójnie, raz bajką, a raz obserwacjami starej-maleńskiej, która z popcornem na kolanach, macała przed sobą w poszukiwaniu jeża. Kosmos:)))
Bierzemy maślankę truskawkową, banany i mikser Wlewamy maślankę do CZEGOŚ wrzucamy banany miksujemy.
A potem, jak już będziecie mruczeć z zachwytu nad tym koktajlem to proszę skaładać dziękczynienia Zadziorowi, że Jej się chciało targać to wszystko do pracy, żeby nas poczęstować:))) (mikser też targała)
…do Krakowa. A tam… bryczki różowe, gołebie, park przecudny, czekolada na gorąco gęsta jak grochówka, tort czekoladowy, burrrrrrrrrrrritos w Taco, spacery, Sukiennice a w nich pierdylion prezentów dla mła, lody, kwiaty, żywe pomniki, wspomnienia z krakowskiego dziecięcego mojego zagubienia (sto lat temu poszłam sobie na spacer mając lat 4, zostawiłam Rodziców po jednej stronie Sukiennic i udałam się na drugą ujeżdżać lwy. Zgadnijcie czy Mały John ryczał ze szczę³ścia, jak mnie znalazł???). Randka mi się udała. Nam, w zasadzie. I wyjątkowo tym razem nie było mi niedobrze po wizycie w Taco. Bo poprzednim razem posiadając w sobie tygodniowego Smoka-Fasolka, nażarłwszy się ostrego żarcia rzygałam jak kot resztę wieczoru. Nic nowego. Tym razem po enchilladzie nic mi nie było, co zadziwiło mnie i mojego randkowego partnera. A potem, po powrocie do miasta uparłam się na lody U Michała. No i pojechaliśmy. Michał właśnie zamykał, ale dla koleżanki z klasy z podstawówki otworzył co pozamykane i postawił nam lody. Pyyyycha. To miłe, że ktoś kogo nie widziałam na oczy lat 14, a jedynie słyszałam telefonicznie zamawiając ciasta na wesele pamiętał mnie i nas i wesele i pytał jak smakowało i w ogóle było jakbyśmy się spotykali co tydzień conajmniej. 8 czerwca Jego ślub. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia.
Miło iść sobie na randkę z własnym Grzechem-Mężem:)))