Dwie godziny snu i gorący prysznic, który zmywa zapach dymu tytoniowego to jest to co cleosie lubią najbardziej. Serio serio. Czuję się wypoczęta niczem stado skowronków.
I nawet zniosę te konie, kombajny, owce, loterie, miodonkę, chleb z tustym, traktory, pochody i inne takie co to mnie czekają za trzy godziny.
Wniosek??? Powinnam spać o jakieś 4 godziny mniej na dobę:)))
APDEJT: (tak mi się spodobało)
Spędzenie całego dnia z Dużm i Małym Johnem wymaga ode mnie nadludzkiej cierpliwości i umiejętności ukrywania zgrzytania zębami. Kocham ich nad życie, ale nie znoszę „zdejmij jej czapkę bo ciepło, załóż jej czapkę, kup watę, daj rękę, zrób salto i puść bąka”. Łolamatko!!! Po latach znów znalazłam się w siodle. „Mamo mamo na konika”. No to tak: Mały John absolutnie, Duży ależ skąd, Grzech ucieka w popłochu. Nie pozostało mi nic innego tylko z zakamarków pamięci wytargać umiejętności. Nie zapomina się tego jak jady na rowerze. Pięty w dół, palce do konia, łydki przy bokach, kolana ściśle, wodze między małym a serdecznym palcem, kręgosłup prosty, w siodle przy tylnym łęku i alles. Anglezowanie na kobyle, co ma dupę szerokości sypialnianej szafy trzydrzwiowej wymaga niezwykłej siły w łydkach, o tak:))) Za to Smok był zachwycony siedząc przede mną w siodle i trzymając wodze, jak mamusia nauczyła. Mniej zachwycony był Pan Właściciel Naszej Szkapy, bo przewidział tylko podróż stępa, a tu mu się jakiś kłusik malutki wykulał. Ach, nie trza mi dawać palca, bo wezmę rękę:))) Gdyby nie Smok znalazłabym w tym upale jeszcze pokłady energii w sobie i koniu do galopu:))) Dobrze, że niedaleko Hacjendy jest stadnina, bo chyba wrócę do dawnego hobby… I tylko chyba schudnąć jeszcze trochę muszę, bo mi się ciężko wsiada:)))
…opalowywać czyli uskutecznić lekkie zaciemnienie ciała. I obiecuję nie kiwnąć palcem przy laniu betonu, układaniu kamieni, wyrównywaniu gruntu. Jeśli kiwnę, możecie mi ten palec upierniczyć.
AUDIOTELE Czy wstawanie o 4 rano i sprzątanie łazienki/szczura/kurzów/zmywanie można uznać za przejaw: a) choroby psychicznej, b) skrajnego niewyżycia, c) wrodzonego debilizmu, d) zamiłowania do porządku,
Tank U gut dej:)))
APDEJT: Nie kiwnęłam, byłam dzielna. Kobra wygląda zdecydowanie lepiej na brązowym tle. Dlaczego na Hacjendzie ZAWSZE jest STADO ludzi i NIE MOGĘ opalać się tak, jakbym CHCIAŁA???
…ostatnimi czasy trafiają do mnie po wpisaniu czegokolwiek co ma związek z jeżynami:))) sok z jeżyn, racuchy z jeżynami i inne takie. Jeden debil się trafił co przylazł po wygooglowaniu „laska rrznie się w biurze”. tego ktosia informujemy, że internet dostarcza też cennej wiedzy z zakresu ortografii i żegnamy oschle (by Spaniel).
Szkolenie trwa. Nie napotykam większych problemów, zamiast tego utwierdzam się w przekonaniu, że czy to nazwać wywieraniem wpływu czy manipulowaniem – daję radę. W pracy oczywiście. Bo w życiu prywatnym nie manipuluję, nie wywieram, tylko knuję podłe plany po prostu.
Ułożenie prostej choreografii, na poziomie pretendenta do klasy „E”, nastręcza mi nieco trudności. Wraziłabym tam jakieś wariacje, jakieś promenady dzikie, wicie się i inne takie, ale istnieje prawdopodobieństwo, że pretendent uciekłby z piskiem:))) i od zawiłości kroków i Alemany i innych Hockey Sticków. Damy radę, ja wymyśleć, pretendent wyumić się. Jeszcze trochę, a zrobię zintegrowany kurs tańca dla całej Nowej, bo co się tak będę rozdrabniać na poszczególne sztuki:)))
…że tracę głos. A przecież musiałam go wysilać na Niezwykle Ważnej Końferencji. Żegnana samuray’owymi życzeniami „reprezentuj nas dzielnie”. No i tak… żaden ze mnie prawnik, tym bardziej żaden derektor czy prezes, a jednak dałam radę. Mam nieodparte wrażenie, że dla narodu nieważne jest tak naprawdę CO się mówi, ale JAK się to mówi. Stojąc przed gronem 25 prawników/derektorów/prezesów mogłam czytać nawet książkę telefoniczną, albo instrukcję obsługi Durexa, wsio ryba. Trza kurna umieć GŁOSEM zwrócić na siebie uwagę. Bo to wcale nie o to loto, że niby sami faceci tam byli. Ależ skąd. poza mną – 6 kobiet w wieku różnym. I podczas kiedy panowie z paniami się przegadywali, wchodzili sobie w zdania, sarkastycznie wyrzucali to czy tamto, Cleosia grzecznie czekała na ułamek sekundy kiedy zapadnie cisza, i wtedy… „Proszę państwa nie zebraliśmy się tutaj w celach towarzyskich przegadywanek tylko po to, żeby ustalić wspólną strategię, i wspólne stanowisko (głos nr 5 – prezesi milkną). Z moich informacji wynika, że wszystkie nasze firmy są w identycznej sytuacji jeśli chodzi o zbliżające się targi (mała przerwa – pan po prawej pochyla się w moją stronę, pani na przeciwko uśmiecha się znad notatek), Skorzystajmy więc z okazji i podzielmy się doświadczeniami i informacjami co już zrobiliśmy żeby wyjść z impasu, a co jeszcze możemy zrobić (lekko podniesiony głos – pan mecenas kiwa głową). Bardzo proszę pana mecenasa o zabranie głosu (zabójczy uśmiech – wszyscy się cieszą)” Naród zdycyplinowany wystapieniem siksy Cleosi milknie i zabiera głos grzecznie po kolei, niemal podnosząc łapki do góry jak w szkole. Żeby nie było (bo o tym temacie będzie dalej) nie jestem żadnym specem od przemówień, zarządzania ludźmi etc., ale skupić na sobie uwagę rozmówców nawet jeśli są mądrzejsi/starsi/bardziej doświadczeni/snobistyczni/nastawieni na nie to akurat potrafię. Tak mam. Przyznaję, początkowo kiedy jeden z Członków (że się tak wyrażę) zagaił spotkanie słowami „proszę o zabranie głosu organizatora tej konferencji panią Cleosię Cleosiową”, poczułam jak mi sie chomiki w przełyku klonują. Ale w chwilę potem pomyślałam sobie, że żaden derektorzyna, co to nie wpaadł sam na pomysł zorganizowania takiego spotkania, nie będzie mnie peszył i przyprawiał o tremę. JA wykazałam inicjatywę, JA załatwiłam salę, JA uganiałam się za tymi ludźmi telefonicznie przez miesiąc, JA prowadziłam korespondencję, to teraz JA ich zakasuję i zrobię z tym bałaganem porządek. Szczerze? Jestem z siebie dumna. Bo to było moje pierwsze takie wystąpienie na dosyć poważny temat w dosyć specyficznym i specjalistycznym środowisku. Wystąpień przed studentami czy też innymi uczniami nie liczę. Chyba popadnę w samozachwyt:)))
Po drugie mamy w Nowej szkolenie z zarządzania zasobami ludzkimi. Całe szczęście Dziobak szkoli mnie prywatnie więc nie będę robiła za ostatniego głąba. Z przyjemnością przyznaję, że chociaż nie było dziś na tym szkoleniu żadnych rewelacji (raczej wprowadzenie w temat oczywiste prawie dla każdego), i chociaż w Nowej zarządzanie jako takie leży i kwiczy, to jednak stanowimy zgrany team z niezłym potencjałem. Nic, tylko nas szkolić i dokształcać, bo jesteśmy niczym te nieoszlifowane diamenty.
Po trzecie wizualizuję sobie różne rzeczy. Ktoś to przeczyta i pewnie uśmiechnie się pod nosem unosząc jednocześnie brew:P, ale nie tylko TAKIE rzeczy sobie wizualizuję. Mam różne plany, jedne mniej, drugie bardziej podłe, niektóre nawet całkiem ludzkie i uczłowieczone. I wierzę, naprawdę bez kitu i pustej demagogii, że jak się czegoś bardzo chce, to się spełni prędzej czy później (skończ się wreszcie uśmiechać:P) Obecnie mam plan trzyletni, ale ciiiii bo to na razie tajemnica:)))
…z uporem maniaka „Silna bądź, na bok się czeszesz, nie daj się złamać. Trzymaj fason. Nie poddawaj się, walcz.” Potem podnoszę głowę i walczę. I mija kilka miesięcy, a ten uporczywy głos w mojej głowie wraca. Coraz słabiej, ale wraca „Zasady, duma, honor. Nie daj się. Serce, walcz. Nie płacz tylko pamiętaj kim jesteś i jaka jesteś i nie poddawaj się.” I co? I staram się nie poddawać, ale czasem… Trudno jest myśleć o czymś innym, jak tylko to, że jestem bez szans. I siedzę i myślę i ryczę jak bóbr. I nikt nie widzi. I dobrze…
APDEJT Na poprawę humoru należy sobie zaserwować a) pikantną konwersację, b) latynoską muzę (lub arabską ewentualnie), c) do tego Sean Kingston „Beautiful girls” w samochodzie, kiedy naród patrzy jak na debila z czego się tak niby cieszę i po co macham łapkami, d) jazdę na tyle szybką, na ile Cherry Devil pozwala, f) frytki z majonezem, g) puzzle ze Smokiem.
Jest dobrze. Jestem boska, jestem boska, włochata i boska („Potwory i spółka” – Mike Wazowski do Sally’ego). Wszystko będzie tak, jak chcę. W sobotę balety i tańce i błagam niech w tej knajpie nie będzie rurki:))) Gardło mnie boli, a jutro dosyć ważne spotkanie-konferencję mam. Będę najwyżej mówić do tego tłumiku podniecająco zachrypniętym głosem. Zawsze działa.
Z konwersacji z jednym z Panów Derektorów, co to będą obecni jutro na konferencji. (Dzwoni cleosiowa komórka) Pan Derektor: Dzień dobry pani Cleosi hrrrrrr grrr rmhhhhhhhhhhhhh nic nie słyszę sygnał mi hgggggggggggggg zanika. zadzwonię za iiiiiiiiiiiiii chwilkę. Cleos: (rozłączając się) Pewnie Pan Derektor Gawędziarz. (dzwoni cleosiowa komórka) Pan Derektor: Dzień dobry jeszcze raz. Gawędziarz z tej strony… C: No tak właśnie myślałam. PDG: Serduszko pani zapikało, że to ja? C: No dokładnie. Serce i dusza mi mówiły, że to pan dzwoni… PDG: Bla bla bla (itd., itp., etc)
Już jest mój, kupiony, posprzątany, grzeczniutki, będzie jak trzeba jadł mi z ręki. Faceci są wyjątkowo prości w obsłudze, doprawdy. Dzięki wam bogowie za głos nr 5:)))
…wizytę z Who w moim ukochanym szperaczku ofuknęła mnie swego czasu na stronach niniejszych, więc internet mi kazał i pojechałyśmy dziś na zakupy do owego sklepu. Uzależniona jestem chyba od niego, ale to szczegół drobny. Mam obecnie parcie na topy, tak? (przeklęte tak od Who zaczerpnięte.) Schudłam, boska ma talia wcina się gdzie się wcinać powinna, kibić się kręci, G jak giganty zmieniło się w F jak fantastyczne. No i zakupiłam: - różowy wytłaczany w różyczki i inne chwasty, - czarny KOOKAI, co mnie bosko opływa, - czarny KIT z takim wihastrem na szyję (o matko jaka jestem boska!!!), - kolorowy H&M wiązany na szyi (mmmmmrrrr), - srebrny, co to mi go Kate wyczaiła („masz mierz, ja mam srebrnych pół szafy”). No i teraz zamiast dylematu „w co mam się ubrać na imprezę?”, mam problem „w który mam się ubrać na imprezę?” Niech mnie ktoś przytuliiiiiiiiiiiiii:)))
Przerzuciłam kilkaset kilogramów kamieni i mi kręgosłup zaraz uszami chyba wyjdzie. A miaąło być tak pięknie, kocyk, bikini, grill i słońce. Kocyk był w przerwach na padnięcie. Bikini było, chociaż podnoszenie kamieni wiąże się z wyłażeniem biustu z nabiustnika. Grill był, sama go nam zmontowałam. Słońce tylko było bezwarunkowo i cały dzień. Jutro powtórka z rozrywki. Zostało mi jeszcze jakieś 60 metrów kwadratowych do zniesienia.
Po tych wyczynach uskuteczniłam kąpiel pachnącą, wtarłam w siebie pachnące badziewia co to ich zazwyczaj nie używam, nalałam se pachnącego wina i jakoś mi tak do chrzanu. Nawet mnie granatowa satynka nie cieszy. Bleh. Trza się jutro dla odprężenia urobić na amen:)))
…muffinki z czekoladą. Pyszne swoją szosą, chociaż nie wiem czemu nie wyrosły znowu tak jak powinny (piekarnik za gorący? za mało proszku do pieczenia? za mała mąki?)
Smok: (próbując wypieku jeszcze ciepłego) Mucho gusto mamusiu!!!