…wizytę w Sosnowcu. Rezonans, cuda na kiju i inne takie. Ja bardzo proszę, bardzo, bardzo, żeby wszystko było ok. Grzeczna będę, sympatyczna dla narodu i w ogóle do rany przyłóż… przez tydzień conajmniej. Mogę się postarać dłużej, ale nie obiecuję. Bo jeśli… to ja informuję, że się w ramach protestu oflaguję GDZIEŚ, głodówkę uskutecznię albo coś. Ja bardzo, bardzo, bardzo proszę. I ja wiem, że jak się wali to się sra za przeproszeniem, ale może już dosyć, co?
Bardzo, bardzo, bardzo proszę i niech ktoś łaskawie tej prośby wysłucha, bo nieczęsto zdarza mi się prosić aż tak bardzo.
A do tego aż się prosi kolejne wysłuchanie próśb gorących, a w zasadzie efekt wytężonej pracy i narzucenia sobie dyscypliny rodem z obozu pracy. Jeszcze 3 kilogramy, moje Misie i powrócę do wagi z ogólniaka. (W końcu jak już mam się po ogólniacku lansować to na całego.) Niech mi nikt nie mówi, że jest na tym świecie coś niemożliwego do zrobienia, bo wychodzi mi, że jednak WSZYSTKO się da.
…pan lawetą. Wjechał elegancko, pierdolnął aż miło, a potem zrobił mi awanturę, że się spieszy. Nooooooooosz. Nic mi się nie stało, Cherry Devil z jedynie wgiętą rejestracją nabrał pikanterii demona polskich szos. I pojechałabym do domu, jakby nigdy nic obdarzając pana uśmiechem i machaniem rączką, gdyby nie to, że pan okazał się dupkiem koncertowym. Przygnał kurcgalopkiem do mnie, zaczął mi wymachwiać łapami przed nosem. A mnie na machanie włącza się agresor. Agresor zaczyna się sopelkowaniem, a kończy policją, świadkami i oschłym „Pan się uspokoi, bo panu żyłka pęknie”. Dupek.
Za to w Traktora wjechał pan samochodem. Nie wiem co mu jest, czy cokolwiek jest. Grzech zadzwonił jak to zwykle on „Wsiadaj w auto i przyjeżdżaj po niego, bo ja czekam na drewno” (więźbę w sensie). Po 3 minutach „Nie wsiadaj, nie przyjeżdżaj, drewno jedzie, to ja też jadę” – głosem pt: o matkokochana co teraz będzie. Mam dosyć. Jojczenie here, jojczenie there, jojczenie kurwa mać everywhere. A Traktor charakter i naturę kombajnu na szczęście odziedziczył po pańci, więc pewnie nic mu nie będzie. Martwię się tylko trochę…
…, że wizyty u Who bywają kształcące i ze wszech miar podnoszące na duchu. Że obie mamy puste główki, po których jeno wiatr hula. Że Melanurcę jednak dostałam i że Who absolutnie nie umie pić. Że trójka dzieci bywa męcząca, ekskluzywne szampony należy chować przed dziecięcą kąpielą, tym bardziej jeśli uskuteczniają ją w trójkę jednocześnie.
Czy się nagadałyśmy??? Nie sądzę, chociaż zgon nastąpił dopiero w okolicach 2.00.
…kiedyś, że jest deficyt na kasztany??? CAŁA reklamówka + liście na bukiety z róż.
Smok: Mamo, mamo ja poniosę (przy ilości 10 kasztanów w reklamówce). Mamo, mamo weź to ode mnie, bo nie dam lady (przy ilości nieco większej).
No to targałam ten badziew przez park tam i spowrotem 16 razy, bo co wiatr zawiał:
S: Mamo, mamusiu tam spadły, i tam i tam i tam.
Sama chciałam. Trza było w domu siedzieć i się lenić:)))
10 godzin snu to i tak zdecydowanie na mało. Tym bardziej, że sen miałam raczej mało optymistyczny. Przegrywanie – nawet w snach – wkurza mnie nieludzko. Cóż, zakładam, że to nie był kolejny proroczy sen.
Dziś upojny wieczór i szalona noc z Who. Zapowiedziała, że nie da mi za karę MOJEJ WŁASNEJ Melanurci i będzie na mnie krzyczeć. Pojadę tam z masochistyczną przyjemnością:)))
…o 5.50. Tankowanie Devilka, Nowa. Po Nowej – zakupy – sama, Grzech na budowie. Jakoś samej mi to szybciej wychodzi, chociaż targanie 18 reklamówek po schodach stanowi mało radosny akcent. Że też synowie sąsiadów akurat jak ja wracam z zakupami tracą się z podwórka, no doprawdy. Do Małego Johna po Smoka. Godzina 17.20 – dobry czas. Kawka, pierdu pierdu, poprawki krawieckie, pierdu znowu. Tym razem do niczego się nie przykleiła:))) Telefon „Pojedź do domu po wódkę i przywieź nam tu.” Lekki skurcz. Zmęczona jestem, ale zostawiam Smoka (a planowałam pojechać do domu, uwalić się z Nią na podłodze i po naszemu spędzić wieczór), jadę. Trasa, która normalnie zajmuje mi 20 minut, tym razem zajęła tylko 12. Godzina 18.42 – proszę bardzo, dwie butelki, grzejcie się. Wchodzę na Hacjendę, staję w salonie i… lekki skurcz. Przed oczami widok, którego nie na się opisać, pod powiekami zupełnie inny. Wsiadam w Devilka, jadę po Smoka. „Traktora zabierz” – zabieram. Smok ubrany czeka, wsiadamy jedziemy. 19.30 – Clifford na MiniMini, mogę paść. Kolacja, kąpanie, kołysanka smocza, bajka „Dobranoc Smoku kocham cię najbardziej na świecie”, „Doblanoc mamusiu, ja ciebie też. I taka jesteś delikatna…” – głaszcze mnie po policzku. Lekki skurcz. Siadam, wraca Grzech – kolacja, papieros. „Kupiłeś mi może tabletki?” „Zapomniałem, nie miałem kiedy.” A potem poleciał serial. Lekki skurcz. Dobrze, że chociaż Smok widzi, że czasem bywam delikatna…
…ożywioną konwersację na tematy egzystencjalne. Wyrzucam z siebie fakty, domysły, słowa i myślotoki. Mały John słucha, kiwa głową, troska się nieco, po czym przerywa mi w połowie słowa „No i się właśnie kurwa przykleiłam do własnej podłogi.” Bo Jej jakiś sos kapnął na podłogę i wdepnęła. Uwielbiam tę babę, doprawdy. Jak tu rozstrzygać o swoim być albo nie być? „Ty córcia rób tak, żebyś była szczęśliwa”, no to robię i no to jestem. „Zastanów się” – to się zastanawiam… Kładę się spać coraz później i chociaż oczy się kleją, myślotok trwa. A wiadomo, że jak Cleosia ma myślotok, to nie ma rady, trzeba go przetrawić, bo i tak ze spania nici. Za to kiedy już zasnę, mając przed oczami ciągle jeden i ten sam widok, śpię i śnię. I może mi się te sny spełnią…
Never know how much I love you Never know how much I care When you put your arms around me I get a fever that’s so hard to bear
You give me fever when you kiss me Fever when you hold me tight Fever in the morning Fever all through the night.
Ev’rybody’s got the fever that is something you all know Fever isn’t such a new thing Fever started long ago
Sun lights up the daytime Moon lights up the night I light up when you call my name And you know I’m gonna treat you right
You give me fever when you kiss me Fever when you hold me tight Fever in the morning Fever all through the night
Romeo loved Juliet Juliet she felt the same When he put his arms around her He said ‘Julie, baby, you’re my flame Thou giv-est fever when we kisseth Fever with the flaming youth Fever I’m afire Fever yea I burn for sooth’
Captain Smith and Pocahantas Had a very mad affair When her daddy tried to kill him She said ‘Daddy, o, don’t you dare He gives me fever with his kisses Fever when he holds me tight Fever, I’m his misses, Oh daddy, won’t you treat him right’
Now you’ve listened to my story Here’s the point that I have made Cats were born to give chicks fever Be it Fahrenheit or centigrade They give you fever when you kiss them Fever if you live and learn Fever till you sizzle What a lovely way to burn What a lovely way to burn What a lovely way to burn
Niezależnie od wykonania, czy to Elvis czy Michael Buble. Słucham i coś mi w duszy gra:))) Mam też kilka innych uzależnień i nałogów, równie przyjemnych i równie spalających jak gorączka…