Znaczy się wygrałam tę sprawę. Bo ja ZAWSZE wygrywam i dostaję to czego chcę. Wygrałam i mam obrzydliwą satysfakcję, że tych pieniędzy nie zobaczy ani on, ani Cerberzyca, ani ich dzieci, wnuki, prawnuki i wszystkie pokolenia w przód i w tył. Amen. Niech zdychają pod płotem parchami porośnięci. Cztery lata czekałam na te słowa „sąd postanowił oddalić powództwo”, cztery lata bez miesiąca.
A jak kiedyś będę marudziła, że mi coś nie wychodzi, że nie daję rady, że jest do chrzanu, to mi przypomnijcie dzisiejszy dzień. I moje własne słowa, że mogę wszystko i nie ma rzeczy niemożliwych. I jeszcze ku pamięci: Cleosia nierychliwa, ale sprawiedliwa, bo ja mam czas moi mili, dla wrogów zawsze mam czas i niezgłębione pokłady cierpliwości w niszczeniu. I tak, owszem, jestem z tego dumna i niezwykle zadowola z siebie, bo jak sobie wyobrażę tę kosmiczną awanturę jaką zrobiła mu Cerberzyca, kiedy wrócił do domu, to jestem prawie usatysfakcjonowana. Prawie… bo jeszcze zostały sprawy karne… ale ja, jak już mówiłam mam czas… Zemsta to doprawdy piękna rzecz:)
…są PRZEŻYCIEM:))) Muszę dojść do siebie jakoś… Skończyło się, jak przewidywałam – konwersacją na trzy głosy prowadzoną na powierzchni całego sklepu, ku uciesze pozostałych klientów i obsługi. Nowa zasada zakupowa brzmi „Wahasz się, nie kupuj”. Tym sposobem z powrotem na wieszakach wylądowała cała sterta ciuchów, a i tak zadowolenie (nie wiem jak pozostałych wiedźm, ale moje na pewno) pozostało. Szafa wzbogaciła się o czarny sweter, który śnił mi się już po nocach, spódnicę, która godnie zastąpi tą spaloną papierosem oraz sukienkę wieczorową, która nie wiem po co mi, ale jest boska. Kate skwitowała ją „wyglądasz jak syrena tylko ci ogona brakuje.” Konkluzje? - należy domagać się większego rabatu w sklepie z bielizną, za sprowadzanie tam wszystkich koleżanek, - nie należy obiecywać Whoever, że się ją powstrzyma przed wydawaniem pieniędzy w powyższym sklepie, bo wychodzi się potem na jędzę, a Who i tak robi co chce, - należy kochać te baby, bo są jednorazowe.
Spędziłam urocze przedpołudnie słuchając, że jestem głupia, kretynka i co tam jeszcze chcecie i przysłuchując się jak mnie obgadują. A niech tam! Im wolno:))) No to kobity, do następnego razu:)))
Supermama biega po lekarzach ze Smokiem przelewającycm się przez ręce. Targa te kochane 17 kilogramów po piętrach szpitala, użera się z lekarzami, gładzi blond główkę i tłumaczy „nie ruszaj się Smoku za bardzo, bo to kroplówka”. Spędza noc na smoczym tapczanie, bo „mamusiu a będziesz ze mną spała dzisiaj?” Wieczorem piecze ciasto dla gości i Mikołaja, żeby Teściuniuniunie mieli co zeżreć, jak już zaszczycą wnuczkę odwiedzinami. Potem załatwia Mikołaja, żeby się przebrał i przyleciał tymi saniami i przyniósł Smokowi wymarzonego robota, co chodzi, strzela, oczami świeci, kręci korpusem i robi larmo jak armia radziecka. Nawiasem mówiąc supermama wyjeździła się za tym robotem po kilku miastach, żeby Mikołaj za bardzo szukać nie musiał. Następnego dnia supermama jedzie do pracy, w pracy odbiera telefon od Niani, że Smok płacze, bo ją ucho boli. Supermama wynajduje laryngologa spod ziemi, o nieludzkiej porze, bez skierowania, bez kolejki. Po pracy Supermama jedzie na przegląd Cherry Devilka, również bez kolejki, czekania, cudowania. Po przeglądzie do lekarza. Supermama tłumaczy, że pani doktor tylko zajrzy do uszka, a Smok płacze przeraźliwie i nie chce się uspokoić. Supermamie kroi się serce i oddałaby wszystko, żeby to ją ucho bolało, ale kurna głupie ucho nie chce boleć jej, tylko boli Smoka. Potem apteka, dom, kolacja, bajka, przytulanie, kąpanie, usypianie. Smok kaszle, prycha, wymiotuje, supermama zmienia pościel, smoczą piżamę, nalewa nowego soku do kubka. W końcu Smok zasypia.
Trzy dni. Trzy dni to niewiele, jeśli porównać to z całokształtem bycia matką. Trzy dni czasem wystarczają, żeby uświadomić kilka ważnych spraw. Jestem zwyczajnie zmęczona. Malutki problemik, przez to cholerne zmęczenie urasta do rangi problemu na skalę światową. Siedzę w pracy, podpieram głowę rękami i myślę sobie „niech mnie ktoś przytuli/zastrzeli/adoptuje”* (* niepotrzebne skreślić). Potem zbieram się w sobie i wykonuję pierdylion telefonów, do domu, do Dużego, do mechanika, do lekarza nr 1, do lekarza nr 2, znowu do lekarza nr 1 – i sprawy załatwiają się same. Dziwnym trafem zapominam o wykonaniu jednego telefonu. Na pytanie „Chcesz, żebym pojechał ze Smokiem do laryngologa?” – uśmiecham się tylko w duchu, bo jakże to tak? Ale myślę sobie, że któregoś dnia powiem „Jedź, bo nie mam siły się ruszyć.” I wtedy będę mogła odpocząć.
I to nie jest wcale tak, że myślę, że robię coś wyjątkowego. Że jakoś straszliwie się poświęcam i muszę góry przestawiać. Guzik prawda. To jest tak, że życie składa się ze szczegółów, z pierdół, które składają się na całokształt, z drobnostek, które do czasu nie mają znaczenia. I przychodzi taki moment, że znaczenia nabierają, pokazują parszywą prawdę, otwierają oczy. I te oczy niekoniecznie muszą być zadowolone z tego co widzą. Moje nie są. I pora to zmienić.
Wchodzę do apteki, a tam przy okienku Starszy Pan. Starszy Pan ma lat na oko 70, czarny długi płaszcz, biały, długi szalik owinięty wokół szyi i przerzucony przez ramię, wypielęgnowane dłonie. Ogolony, elegancki, dobrze pachnący Starszy Pan stoi i konwersuje z Panią Aptekarką. W pewnej chwili zwraca się do mnie. Starszy Pan: No widziała pani taką reklamę (wskazuje palcem). Pierszy raz coś takiego widzę. Cleos: (patrzy czyta, a tam: „CHELA-CYNK, wzmacnia potencję i pozytywnie wpływa na popęd seksualny’) SP: I tam piszą, że to dla mężczyzn jest. C: Bardzo słusznie piszą. Pani Aptekarka: (z uśmiechem) To samo temu panu powiedziałam, ale tylko się zdziwił. SP: A pewnie, że się dziwię. Bo to trzeba mieć miłość w sercu. Jak się kocha sercem, to się chce kochać. C: No w sumie racja. SP: Wie pani, ja jak widzę taką śliczną panią magister (wskazuje na Panią Aptekarkę), teraz jak pani weszła i panią widzę (patrzy znacząco), to mi się od razu serce rwie. Tylko za stary dla was jestem. C i PA: :)))
Uroczy. Naprawdę. I miał rację. Do tej pory mam przed oczami jego twarz i radosne oczy i uśmiecham się sama do siebie:)))
Plan zajęć: - eleganckie wchodzenie do domu, - subtelne trafianie obcasem w fugę, - malownicze ZIUUUUM, - urocze okrzyki w kilku językach ze szczególnym uwzględnieniem „ożeszkurwamać”, - wyjątkowo kobiece „PLASK” na zadek w półszpagacie - synchroniczne podnoszenie zwłok z podłogi.
Zainteresowanych uprasza się o kontakt z prof. Cleosią Cleosiową – światowej sławy specjalistką od wywijania orłów.
…prawdziwie doskonałe chwile… to wczoraj była jedna z nich… Tuż za progiem. Jakby otworzyły się przede mną drzwi do magicznego świata, gdzie ktoś czyta mi w myślach i spełnia marzenia jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki. A wszystkie one zaklęte w płomieniu świecy…
…mokra jak szczur, telepiąc się z zimna, chociaż kaloryfer daje z siebie wszystko. Czerwona piżama nadaje się do wykręcenia. Termometr pokazuje dużo więcej niż powinien – skubany. Chciałam się napić syropu, żeby móc wreszcie przemówić ludzkim głosem, a nie chrypieć, ale nie dałam rady odkręcić nakrętki. Nie mam siły. Syrop nieruszony stoi malowniczo na kredensie. Smok już woła o ubieranie i basen, a ja staram się zachować równowagę i się nie przewrócić. Ręce mi się trzęsą jak w delirce, wewnętrznie telepie się wszystko tak, że mam wrażenie że czuję drgającą z gorączki wątrobę, o trzustce nie wspomnę. Głos…hm… charkot raczej, który się ze mnie wydobywa jest doprawdy uroczy – mogłabym dubbingować jakiegoś kosmicznego gluta niekoniecznie przyjaźnie nastawionego do ziemian. Najpierw basen, potem zakupy smoczych ciuchów, potem sprzątanie, a potem się przewrócę i stracę przytomność aż do wieczora. Niech mi tylko minie to wewnętrzne nietrzęsieziemi, bo imprezowanie z drgającymi wnętrznościami może się okazać średnio przyjemne…