licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

sobota, 22 grudnia 2007

Znalezione w...

…Baccio Perugina:

„Abbiamo parlato a lungo dell’amore. Ora proviamo ad ascoltario, vuoi?”

piątek, 21 grudnia 2007

Jakieś Święta podobno...

…już niedlugo. Niech mi ktoś przypomni jakie i jak to zrobić, żeby poczuć ATMOSFERĘ, żeby się cieszyć, żeby w ogóle miały jakiś sens. To się nazywa chyba (uwaga trudne słowo) empatia, albo inaczej mieć tą samą duszę, podzieloną na dwoje, czującą tak samo w tym samym momencie… Dałabym dużo, żeby móc powiedzieć „Niespodziewanka!” i zobaczyć zdziwione oczy. Tymczasem widzę w oczach odbicie moich własnych i nie ma w nich za grosz świątecznego ducha. Myślę o Wigilii u Teściuniuniuniów, o dzieleniu się opłatkiem i życzeniach szczęścia podszytych hipokryzją i zakłamaniem. Myślę, że warto to znieść tylko dla Smoka i tylko dla Niej tam idę. Myślę o słowach, które cisną mi się na usta i w głowę „jakoś dam radę, zawsze jakoś daję radę” i w uszach szumi mi odpowiedź na nie – moja własna. Myślę o tym, że nie tak to powinno wyglądać, nie tak powinno być. Że chcę zupełnie inaczej, zupełnie nie tak. Robię porządki w smoczej jamie, znajduję smocze ubrania rozmiar 56 i nie wyrzucam ich. Może się jeszcze przydadzą. Odwiedzam Marchwiaka i przynoszę Nowinę. Marchwiak robi wielkie oczy, a potem przytula i mówi „Ty wiesz, że ja chcę żebyś była szczęśliwa.” Zamierzam. Myślę o tych cholernych Świętach i jedyne co w nich widzę dobrego to Przyjaciele. Od dziś wiem, że WSZYSCY są ze mną. Głupia jestem, bo wiedziałam zawsze. Może to mój prezent na Święta – świadomość, że wszyscy, których kocham są obok, nawet jeśli są daleko i nie dadzą mi myśleć za dużo. Dziękuję.
Jakieś Święta podobno już niedługo… Jeślli istnieją jacyś bogowie, niech sprawią, żeby czas szybciej płynął, żeby zrobiło się „pstryk” i mamy nowy rok 2008. Rok zmian…
Tymczasem Smok zasnął na kanapie. Przeniosłam Ją do smoczej jamy – nawet nie otworzyła oczu. Najpiękniejsze zadanie życiowe na świecie? Dać Jej tyle miłości, ciepła i poczucia bezpieczeństwa, żeby nie obudziła się przebierana w piżamę… W granatowej pościeli, przytulona do niebieskiego misia spała, a ja stałam wpatrując się, jakbym widziała Ją pierwszy raz w życiu. Tego widoku nigdy dosyć…
Jakieś Święta podobno już niedługo… Czekam na TEN poranek, a potem niech się dzieje co musi… Jakoś dam radę, zawsze jakoś daję radę…

środa, 19 grudnia 2007

Podobno zakrzywiam...

…czasoprzestrzeń:))) Nie wiem jak, nie wiem czy potrafię odkrzywić jeśli będzie trzeba, ale widać mam różne ukryte talenty. Coś mi świergocze w duszy – skowronek jakiś tej zimy czy cuś?

Przyjechał Budowlaniec. Gadka, pierdoły, srutututu, wyliczenia. Dla ułatwienia dodam, że Budowlaniec ma 2 metry wzrostu, łapska jak bochny chleba, i belki z więźby dźwiga jak wykałaczki.
Budowlaniec: No a w poniedziałek jedziemy z synem karpia wypuścić.
Cleos: ???
B: No wypuścić rybę taka tradycja nam się zrobiła niechcący.
C:???
B: No nie ma kto ryby zabić.
C: A pan?
B: ??? JA??? Ja nie zabijam. Jedną zasadę w życiu mam i nie zabijam.
C: ???
B: No i jedziemy wypuścić do Świerklańca. Tylko, żeby mi w tym roku Dominiczek rybaka do wody nie wepchnął.
C:???
B: No bo w zeszłym roku, pojechaliśmy uwolnić Balbinkę i Dominik pyta, co ten pan robi. To mu powiedziałem, że lowi ryby. A co się z rybami robi, jak się je złowi? No je. No i Dominiczek rybaka łup do wody, bo mu nie będzie Balbinki wyławiał.
C: :)))
B: Awantura była na cały park.

No ja się z jednej strony rybakowi nie dziwię, ale żeby odławiać Balbinkę???!!!

sobota, 15 grudnia 2007

Kilka stron...

…w książce i wszystko wraca… Znowu jestem w tamtym domu, w tamtym pokoju…. Gdybym wiedziała, że ktoś tak realistycznie, tak prawdziwie opisze to, co wypieram z pamięci, nie czytałabym tej książki. Gdybym wiedziała, że przed oczami stanie mi nienawiść ubrana w niebieską bluzę w kratę, że przypomnę sobie strach…Jak bardzo chory umysł trzeba mieć, żeby napisać coś tam obrzydliwego? Mogłam przestać czytać… mogłam rzucić tę książkę w kąt, wyrzucić, schować, cokolwiek. Mogłam. Być może chciałam sprawdzić, czy potrafię nad taką rzeczywistością wykreowaną tylko na kartach książki przejść do porządku dziennego. Już wiem, że nie potrafię. Wszystko wróciło… jak bumerang. Wiem, że nigdy nie zdobędę się na to, żeby o tym opowiedzieć, wyrzucić z siebie z masochistyczną szczerością wszystkie szczegóły. Teraz wiem, że strony 305-323 opisują to dokładniej, niżbym to kiedykolwiek zrobiła ja sama. Tylko kto to przeczyta? Kto zechce poznać taką prawdę? W głowie kołacze mi się myśl, czy będę mogła spokojnie zasnąć, czy ułamki sekund zmieniające się w minuty przeszłości nie wyrwą mnie znowu ze snu z krzykiem. A potem nie będę mogła zasnąć, bo każde zamknięcie oczu przywołuje tamten widok. Pamiętam to… pamiętam nieprzespane noce, pamiętam irracjonalny strach, pamiętam jak długo trwało zanim zaczęłam śnić spokojne, normalne sny… Odłożyłam tę książkę na półkę, chociaż powinnam wyrzucić… Za późno… w pamięć wryły się wydrukowane na pachnącym farbą papierze słowa, składające się w zdania, składające się w moją przeszłość… Nienawidzę kiedy drżą mi dłonie… nienawidzę…

piątek, 14 grudnia 2007

Konwersacje

Na parkingu w Nowej.
Zmierzam do Devilka, Za mną rączo zmierza Majster Łuki tachając zwój kabla. Arbeiterzy pozostali wsiadają do swoich pojazdów.
Księgowa Blond: Cześć piękna, Miłego Weekendu.
Cleos: Cześć kobity.
Księgowa Bóbr: Ty nie mów Cleosia, że wczoraj ci trzech facetów pod maskę zaglądało, a dzisiaj ten coś za tobą targa?
Cleos: No jak widać.
Księgowa Blond: Coś ty mu powiedziała?
Cleos: Nic właśnie.
Księgowa Bóbr: Pewnie spojrzałaś wymownie…
Cleos: Właśnie nie. Sam porwał i pognał to niech targa.

Zwój został wpakowany do Devilka. Majster Łuki uśmiechnięty, jakby ten kabel sam szedł i wcale nie był ciężki pomachał mi na do widzenia. Pojechałam. Przyjechałam do domu, złamana lekko napoczynającym me boskie ciało grypskiem.

Grzech: Usiadłabyś ze mną w kuchni i pogadała.
Cleos: Chwila. Chyba jakieś choróbsko mnie bierze. Zaraz przyjdę tylko się przebiorę w coś ciepłego i wygodnego.
G: Ale przyjdź. Ale chodź już.
C: Kurna, jak ty jesteś chory, to nie dotykać, nic nie chcieć, nie ruszać i chodzić na palcach, a jak mnie rozkłada to mam lecieć, bo ty chcesz…
G: Tak, bo ja POWAŻNIE przechodzę choroby!

A ja jestem wurwa gruboskórny motorożec i generalnie choroby przechodzę niepoważnie i radośnie. Nosz…

czwartek, 13 grudnia 2007

Poszukiwanie zaginionej...

…dziury rozpoczął  Derektor Grzywka. Szukał, grzebał, zerkal i zaglądał całkiem głęboko, bo po czym  poddał się wołając na pomoc Derektora M.Derektor M rączym kurcgalopkiem podbiegł, zajrzał, pogrzebał, pokręcił, pomacał, po czym poddał się. Derektor Trzeci wysiadł z samochodu, podszedł majestatycznie i zaczął poszukiania od oględzin, potem palpacyjnie sprawdził różne możliwości, potem pokręcił głową i też się poddał. Chwilowo konsylium zastygło w bezruchu i drapało się po głowach wymieniając cenne uwagi na temat dziury (której nie było). W tym czasie Derektor Samuray wyglądając przez okno Gofera  zaparkowanego nieopodal ubaw miał po pachy. Mła także. W końcu, po długich oględzinach, macaniu, grzebaniu i debacie dziura się znalazła. W zupełnie nieoczekiwanym miejscu, tam gdzie nikt się jej nie spodziewał. Znaleziona dziura została wykorzystana, zalana płynem oraz przeklęta przez Derektorów, że taka ukryta była – no zupełnie jak nie-dziura. Tym sposobem trzech Derektorów + jeden widz Derektor odnaleźli wlew płynu do spryskiwaczy w Cherry Devilku, uzupełnili płyn zbiorowo i mogłam sobie pojechać w siną dal ze spryskanymi płynem szybami. Się ubawiłam – doprawdy:)))