licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

poniedziałek, 15 września 2008

Rozmowy z Diabołem Part Three

Smok Diabołowi wyznał miłość w tajemnicy, szeptem i w ogóle żeby nikt nie wiedział poza Nim.

Diaboł: Dopsz, to ja jeszcze umyję ręce, piwko masz, to sobie zrobię drina i możemy oglądać. (300 w sensie)
Cleos: Pijoku jeden.
D: Ja też cię kocham. Kocham cię (machając łapami i robiąc dziwaczne miny) To przed chwilką to była przeżywka Smoka.
C: ???
D: No jak to. Bo ona nie musi mnie kochać, a powiedziała, a ty się zakochałaś to musisz.

No fakt:)

Remont z Diabołem Part Two

Wróciłam do domu i gimnastykuję się nad kolejnymi drzwiami – od gabinetu dla odmiany. Wraca Diaboł objuczony siatami jakowymiś.

Diaboł: Kochanie mam dla ciebie prezent…
Cleos: ??? (jupi, jejejeje, ooooł jeeeeeeeeee – w sensie cieszy się bardzo).
Diaboł: Kupiłem ci strug. Żebyś się nie musiała tak męczyć z tymi drzwiami.

Umarłam ze szczęścia. Mój jest elektryczny i robi takie cuda, że się prawie nie zmachałam, jedna stronę drzwi mam niemal skończoną. No jakże się cieszę:))) Naprawdę – doskonały prezent:)))

niedziela, 14 września 2008

Rozmowy z Diabołem Part Two

Umyłam chaszcz. Mokry chaszcz dynda i się kołtuni. Diaboł sięgnął po grzebień i zabiera się do rozczesywania. Targa, ciągnie, mnie jest blosko. Łatwo Mu pewnie nie jest, ale się uczy chłopina.

Diaboł: Ty Cleosia to mnie zawsze musisz wypuścić na głęboką wodę. Czuję się jakbym jechał na nartach i zapierdalał na krechę.

środa, 10 września 2008

Rozmowy z Diabołem Part One

Diaboł: (…) no i teraz wiesz dlaczego cię kocham.
Cleos: Nooo?
Diaboł: Bo nie trzeba się z tobą użerać…

sobota, 6 września 2008

Po pierwsze primo...

…pojechaliśmy z Diabołem do lasu. Na grzyby. Przywieźliśmy trzy pojemniki jeżyn. Kto WIE o co chodzi, ten się cieszy (Kate się cieszy szczególnie).

Po drugie primo pogryzły mnie komary, gdyż będąc dorozwiniętą inaczej, w ramach lansowania swojego najboskiejszego tyłka przed Diabołem pojechałam do tego lasu – kretynka ja – w krótkich galotkach. Można się śmiać i stukać znacząco palcem w głowę. Komary niby nic, ale zapomniałam, że Mój Majestat od jakiegoś czasu uczulony jest  na jad komarzy, pszczeli i inny robaczny – w ilości większej niż trzy ukąszenia. Zatem nazbieraliśmy tych jeżyn co miały być grzybami, dojechaliśmy do Helplandu, zjedliśmy co nieco i mła poczuła reakcję uczuleniową. Reakcja polegała na koszmarnym bólu w okolicy prawego dołu biodrowego, promieniującym przez mostek aż do ramienia. Zapalenie wyrostka robaczkowego to przy tym pryszcz. Reakcja spowodowała, że nie mogłam się ruszyć, ani wyprostować, ani zgiąć ani nic w ogóle, a Diaboł chciał gnać za róg na pogotowie. Minęło. Bąble po komarach zostały – sakramencko spuchnięte. Trudno. Ale za to cieszymy się, bo WIADOMO CO i WIADOMO z czego się cieszyć a propos tych jeżyn. Radość można okazywać dowolnie, by SMS, via e-mail oraz osobiście ciesząc się do telefonu lub Cleosi w facjatę.

No to buzi, idę wykąpać bąble.

czwartek, 4 września 2008

Od godziny 05.30...

…rozwiązuję problemy różnego kalibru…

…że Smok nie chce iść do Dużego i żeby Duży odprowadzał Ją do przedszkola. Dlaczego? Bo dziadziuś ma chore ręce i nie potrafi Jej pomóc przy przebieraniu.

…jak włożyć czarne spodnie nie ciorając nimi po pyle z gipsu. Przez głowę się niestety nie da.

…skąd wytrzasnąć o 07.00 400 szt. płyt CD i tusze do drukarki, bo Druid-informatyk nie załatwił.

…jak przyspieszyć schnięcie mebli targowych, malowanych wczoraj, do zabrania dziś rano – mokrych nadal.

…jak wydrukować karty katalogowe, skoro wszystkie drukarki w firmie padły.

…jak zorganizować smocze odprowadzanie do przedszkola, żeby to miało ręce i nogi.

…kiedy znaleźć czas na jeżyny albo chociaż grzyby.

…w jaki sposób nie robiąc Smoku krzywdy wytłumaczyć Jej, że tatuś opowiada brednie, bo jest zranionym egoistą.

…kiedy znaleźć czas na jakieś babskie pogaduchy.

…jak nie padać na dziób o uroczej godzinie 20.36 i nie zasypiać ze Smokiem razem.

…jakimi słowami przekonać Małego Johna, że mycie podłogi póki co mija się z celem.

Oraz pierdylion innych, w tym te finansowe, te kulinarne, te emocjonalne, egzystencjalne, dzieciowe, dorosłe, poważne i błache, małe i duże.
A kiedy przychodzi wieczór Diaboł patrzy na mnie i się śmieje, że wyglądam jak dziecko wojny. Cóż, jakby na to nie spojrzeć jestem na wojnie. Ciągle i wciąż.

poniedziałek, 1 września 2008

W niedzielę...

…pamiętając dzikie uczucie zazdrości skierowane do Who pijącej kawę na tarasie, zasiadłam na balkonie o chorej godzinie 07:20 i wypiłam kawę. Boskie uczucie. Koty się ocierały, kawa z przyprawą pachniała, Reszta spała. A potem pojechaliśmy na Dożynki do Brennej, gdzie konie, korowód, piwko, golonko, kiełbaski, karuzele. I pierwszy raz chyba od ogólniaka zadensowałam na amfiteatrze. Do Gangu Marcela dodam na marginesie, stąd też pewnie zdziwione spojrzenia tej części widowni, która już powinna w jakimś towarzystwie geriatrycznym balować. I wszystko blosko i cacy…

…i tylko chwilami, krótkimi w miarę dostaję wkurwu wszechczasów, który mija mi dopiero po tym, jak parę razy przelecę się po schodach o 23-ciej w nocy w celu wyniesienia na śmietnik kawałków futryny i innych dosyć ciężkich jak na wątłą niewiastę elementów budowlanych. Żeby się zmęczyć, wyładować, bo inaczej poszłabym chyba w miasto szukać obiektu do piergolnięcia.

Właśnie przed chwilką Dziobak zadał mi na gadu pytanie kluczowe: „Szczęśliwa? i czy wszystko ok?” Otóż tak szczęśliwa i tak, z grubsza ok. Bo nawet kiedy chwilowo mi nie ok, to mam świadomość, że JA mam komu o tym powiedzieć, do kogo się przytulić, komu wyprzeklinać, wyżalić i wypłakać jeśli trzeba. A płacz ze złości bywa oczyszczający. I pewnie wkrótce się uodpornię, na te wszystkie zachowania z klasą i kulturą. A póki co,staram się być ponad, co wychodzi mi różnie, ale niezależnie od tego jak mi wychodzi NIE JESTEM sama. I to jest moja wygrana…