…do archiwum bloga Whoever. Do niczego konkretnego mi nie było potrzebne, tak sobie chciałam poczytać. Hasło dostałam od szanownej właścicielki. I wyszło mi z tego, że tak: 14 stycznia 2003 założyłam bloga 17 stycznia 2003 trafiłam na bloga Who – może wcześniej, ale pierwszy komentarz u Niej był wtedy. Znak jakiś, że tak od razu? od początku? od zawsze? 13 kwietnia 2004 Who pierwszy raz napisała coś o mła. Nic wielkiego, ale trochę się dziewczyna przekonywała. 21 maja 2005 spotkałyśmy się po raz pierwszy w realu u Who. Zadziwiająco szybko według Niej. 23 maja 2005 obie popełniłyśmy notki na temat tego spotkanie. Synchro godne dalszego rozwoju znajomości.
Wychodzi mi, że zostałyśmy już tak zsynchronizowane do teraz i nadal i na wieki wieków. O ile coś nie pęknie, jak guma na małym (by Czarna) i którejś z nas nerw nie puści na rozbrajającą szczerość tej drugiej. Kalendarium. Ciekawe, czy za dwadzieścia lat będziemy jeszcze pamiętać te daty dzienne. Bo ja przewiduję długofalowość tego związku. Tym bardziej, że nieustającą miłość wyznajemy sobie przy każdej okazji. Who co prawda wyznaje również Diabołowi nawet kiedy ze mną rozmawia przez telefon i prosi o przekazanie wyznań zainteresowanemu (na szczęście nie), ale jakoś to zniese chyba.
Musiałabym jeszcze dokładnie czasowo umiejscowić parę osób. To się wpisuje idealnie w mój kalendarycznie zaprogramowany charakter. W końcu wysyłam do Diaboła SMSy o treści „Dzień dobry. To ja – twój terminarz. Pamiętaj o…” Zapisywanie wszystkiego mam we krwi. Powinnam się dowiedzieć chyba, czy kobiety w mojej rodzinie pisały pamiętniki. A Diaboł zrobił mi program do archiwizowania blogusia, żeby-jakby serwer padł albo cuś to nie znieknęła ta twórczość moja.
Wiesz co, Who. ZAWSZE to jest mało powiedziane. Serio serio.
…że to jest very dark blue oraz, że to ciekawe iż oczyma swej artystycznej duszy widzę się granatowowłosą. Cóż bluecleosiowy kolor mi wyszedł jakoś sam z siebie. Autoportret… w słońcu.
Z obserwacji saunowych – Smok saunę lubi. Najbardziej lubi sprzątać zaparowane drzwi, w sensie mazać po tej parze. Niech będzie. W niebieskim świetle wyglądam zarąbiście szczupło. Powinniśmy Maroko przemalować na niebiesko. Ale nie przemalujemy, bo nie. Oraz prawą wypukłość mam większą niż lewą. Niby tak jest, że się ma cośtam różne od czegośtam, ale żeby to zauważać – nonsens. O tym fakcie postaramy się zapomnieć. Dziobak twierdzi, że jestem ciepłolubna. 40 minut w saunie parowej to nie jest jakiś kosmiczny wynik. No dobra, mogłabym mieszkać w Mozambiku czy tam innej Mikronezji czy w ogóle gdzieś w tropikach gdzie gorąco i wilgotno, albo sucho w sumie wszystko mi jedno, bo na saunie suchej zasypiam po pięciu minutach i w temperaturze 100 stopni przesypiam godzinę lub więcej. Ale żeby od razu ciepłolubna? W końcu jakoś wytrzymuję i Польша nawet mi pasuje. Ostatecznie, jeśli nie mogę gdzieś pod piramidami, albo na innym gorącym bezludziu. Konkludując wychodzi mi, że nie jestem do kraju przywiązana i mogłabym gdziekolwiek. Tylko, że do miasta jestem owszem, chociaż jest okropnie brzydkie, zaniedbane, biedne i w ogóle kicha. Bo niby jak miałabym zabrać ze sobą wszystkich, którzy mi są niezbędni do egzystencji? To se ne da. Zatem zostaję – postanowione:)
Chyba tego mi brakowało… rąk brudnych od farby i relaksu w gorącu. Matko jak mi dobrze:)
…obiecaną czarownicę, w ulubionych smoczych kolorach. Muszę teraz znaleźć ramiarza, który mi to tak oprawi, żeby wołało. Łatwo nie będzie. W trakcie procesu twórczego udało mi się wyartykułować parę zgłosek, np.: Diaboł: Kleoś, malowanie cię relaksuje? Cleos: Uhmm… I tyle.
Zdecydowanie nie mogę jeździć na giełdę kwiatową. Zdecydowanie. Stała tam kobra, tak na oko 120 cm wysokości, z jednego kawałka drwena, w mahoniowym kolorze, z otwartym pyskiem, widocznymi pięknie ostrymi zębami jadowymi, z łuskami na kapturze, jakby była żywa. Stała, zwinięta częściowo, z uniesionym łbem i wołała do mnie „Musssssiszzzz mnie mieććććć”. Jakby ktoś chciał wydać na mnie nadwyżkę w postaci 430 PLN to ja bardzo chętnie pokażę stoisko. Potem mogę jeszcze pokazać parawan, komponujący się idealnie z sypialnią. A dupa dupa dupa!
No to tyle w kontekście giełdy. Może jeszcze tylko tyle, że choinka w tym roku będzie różowa. Diaboł na widok powiedział „o Dżizus, a co to?!”, a to były różowe piórka. No.
Moje dzieci zaczynają łapać. Wyluzowały trochę, puściły sobie sambę Maccaron i dały czadu. Pokazuję im co i jak, a oni najpierw parskają śmiechem, potem trawią temat, a potem ROBIĄ. I jak już się WCZUJĄ to naprawdę zaczyna mi się podobać. Coraz rzadziej mówię „nie, nie, nie, nie tak”, coraz częściej „właśnie tak, cudnie.” Lekka przesada, ale dodaje skrzydeł. A jak do tego jeszcze zaczynają tańczyć minami, to ja padam proszę Państwa. Może to i są wygłupy, wydurnianie się, ale tacy są przy tym naturalni, tacy całkowicie pojechani, że chyba o to mi chodzi. No ciekawa jestem, jak im wyjdzie pokaz 7-go.
Jadę autem i śpiewam. I macham łapkami. A potem dziwię się, że ludzie na światłach patrzą się na mnie dziwacznie. Niech patrzą, ale jak mi leci Shaggy, to jak ja mam prowadziać w spokoju i powadze? No jak?
Oświadczam niniejszym, że ponieważ Diaboł stwierdził, że idzie dziś spać z kurami, a nie poszedł jeszcze, zatem, żeby nasze kury nie padły z wycieńczenia idę się zagonić do łazienki, a potem będę tokować i zaganiać Diaboła.
…boski. Będę tę prawdę głosić wszem i wobec i o każdej porze dnia i nocy. Malowniczy, ustawny, podręczny, uroczy, z jednostką wojskową wojsk lotniczych prawdopodobnie, gdzie Kate znajdzie mojca Elenczy, jak tylko zamieszka u Who. Bo one stanowią parę doskonałą w sensie życiowym. Nawet jedna wanna powinna im do spania wystarczyć. Chociaż zgodnie uzgodniły (tfu), że jak będzie trzeba, to gości wyślą do hotelu. Powinnam być zazdrosna chyba, ale jakoś mi ta zazdrość zawsze umknie w tabunie dzikich tematów o łysych, Elenczach, piosenkach na VH1, wychowywaniu dzieci i byłych wężów, przy gotowaniu, piciu i ciągłym jedzeniu. Wyjątkowo jakoś tym razem nie sięgnęłam po kartkę w celu notowania myśli złotych, i mnie pokarało zgubieniem etui z kompletem pisadeł. Who ratuj!!! W drodze powrotnej było o korkach, bogu, absolucie, śmierci, ślubie Kate, zaręczynach, oświadczynach, kandydatach, sukienkach, bytach pośmiertnych, pieniądzach, materializmie, spełnieniu i odpoczynku w pracy. I obrazie. Wszystkim się póki co podoba, albo zatem mam wyjątkowo dobrze wychowanych ludzi wokół siebie, albo nie jest tragiczny:)
Odpoczęłam. I nawet udało mi się być w pracy dzisiaj tylko trochę mroczną i złą:)))
…SPArtystyczny mi się zapowiada. Kąpiel z pianką, maseczka, manicure, malowanie, czytanie, filmu oglądanie. A co! Należy mi się!
APDEJT: Popełniłam dzieło w postaci landszaftu. Na początek może być. Kossak to nie jest, ale wstydzić się za niego nie będę. Siedzę, stopy mi marzną, zatem będę miała katar do plusnieskończoności, ale jakoś oderwać się nie mogę. Nic nie poradzę. Najwyżej umrę na zapalenie płuc – proszę mi to na grobie puszczać w dni Sabatów. Chyba sobie jeszcze posłucham inkszości… w celu zrelaksowania oraz zapomnienia o bolącej stopie, która była się mi zużyła nieco w tym tangu, a konkretnie w sambowych botafogos. Myslałam, że nie boli, bo jakby cały dzień nie bolała, ale chyba nadejszłam sobie na próg jeden co go posiadam na stanie kuchenno-jadalnianym i szlag trafił niebolenie. No nic to. Następne tańcowanie za tydzień prawie powinnam odzyskać formę… stopę znaczy. No. Sama jestem, nikt nie podgląda, to sobie pójdę potańczyć. A co! Należy mi się, tak?!
…tango – BEZCENNE. Nawet jeśli jest to tylko krok podstawowy (na razie). Móc zatańczyć tango i być prowadzoną przez partnera BEZCENNE do kwadratu. Moje Dzieci się wyrabiają, zaczynają rozumieć w pół słowa, łapać gesty, otwierają się na muzykę, na rytm, zaczynają wyrażać siebie odważniej. Na hasło „wczuć mi się tu w tej chwili w wielkie love” zmieniają im się twarze, ruchy kocieją. Majster od tanga na „wkurz się trochę, bo my tu właśnie kłótnię kochanków uskuteczniamy” tak mną zamachał, zamiótł parkiet, wymachnął, że o mój bloże. BEZCENNE. Rozumieją, to największy sukces.