licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

środa, 13 stycznia 2010

Czas na...

…fytki z majonezem, zakupy i fastrygowanie kolejnego futra. A potem książka.

A „Wrota do piekieł” możecie sobie podarować. Kicz, kiła, mogiła, malaria, prostituto. Jakby się ktoś pytał…

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Skończyłam...

… obraz. Być może chciałam inny, ale
wyszła 赤 秋
czy jakoś tak, czyli „Aka no Aki” czy coś podobnego. Diaboł to
sprostuje, jakby co. W końcu to dla Niego, więc niech ma
bezbłędny tytuł.

A poza tym? Poza tym, mam całą stertę zdjęć, na których
wyglądam na szczęśliwą. Dopiero teraz widzę, jak bardzo słońce w duszy i w
sercu przekłada się na fotogeniczność. Nie, żeby tam od razu jakaś Linda
Evangelista, czy coś, ale jeśli z 600 zdjęć wybieram 40, które uważam za dobre,
co zakrawa na cud. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia, wynik wychodzi
na plus i korzyść obecnego fotografa. Może On faktycznie COŚ we mnie widzi?

A poza tym? Poza tym martwię się Gazelą, tym, że jest
sama, że nie ma wsparcia, że się miota, że niknie w oczach, że słońca u Niej
nawet grama nie widać, chociaż na mojej ukochanej, słonecznej Wyspie mieszka.
Gdybym mogła i gdyby to coś dało, powiedziałabym Jej, że niech wsiada w autobus
z dzieciorami i przyjeżdża – coś poradzimy. Ale to motyla noga nie jest takie
proste. To NIGDY nie jest takie proste.

A poza tym? Poza tym jeszcze martwię się Kuzynką Młodszą.
Czy to jakieś skaranie, że wszystkie moje o tym samym imieniu mają jakieś
anorektyczno-bulimiczne niewiadomoco? Co robić, co robić, co robić? Na tym
etapie najlepiej byłoby zamknąć na oddziale, karmić sondą i odliczać kalorie, ale chole… aniele skrzydło, nie
mój ci to cyrk i nie moje małpy. Chciałabym tylko uniknąć pogrzebu.

A poza tym? Poza tym, mam w głowie kolejny obraz. I muszę
rozbroić choinkę. I pościel zmienić. I karmnik zamieść. I poczytać -
koniecznie. A wieczorkiem, może filmik?

APDEJT:
Diaboł mówi, że Akai Aki.

niedziela, 10 stycznia 2010

Brak kaca...

…co cudowne uczucie doprawdy. Po trzech Orgazmach dostarczanych przez barmana powinnam mieć, a nie mam.

„Ona idzie z czymś dużym…” Jakaż ulga odmalowała się na twarzy Kate, kiedy okazało się, że to nie pies… (tym razem). Nawet mi z radości prezentem nie przywaliła w czapkę:) Do twarzy Jej będzie, a w zasadzie to czego innego, ale nie mogę się wyrażać, gdyż jak ustaliłyśmy z Who mam klasę (też), a Ona do tego jest inteligentna i mądra (no powiedzmy).

Tradycyjnie dostałabym w ryja na parkiecie, ale jak oświadczyłam Kate, ja z parkietu nie schodzę w popłochu. Rezultat po zostania był taki, że juhas ostał się stać w kątku. No życie.

A w ogóle kiedy słyszę końplementy w klimacie „ruszasz się jak prawdziwa tancerka”, to mi się włącza terminator. „Obserwowałem cię, wiesz?” Wiem, motyla noga, trudno było nie zauważyć. I udałam się zobaczyć co Mąż porabia. W końcu skoro Kobieta Armii może być w ciąży, to ja mogę mieć Męża. A co.

Ubawiłam się, uśmiałam, wytańczyłam, wymiziałam. Dzięki, Kate:)

wtorek, 5 stycznia 2010

Przeszyłam wczoraj...

…futro. Po Babci takie z sentymentem. I skończyłam pierwszy tom Kroniki Rodzinnej.
Dziś drzwi zamierzam obrobić. I skrócić to futro jednak, bo się wczoraj nie mogłam zdecydować.
Jestem zdania, że obraz musi odetchnąć, zanim nabierze pewności o co mu chodzi i jak chce wyglądać. Dlatego z zasady nie kończę jednego dnia, ani też następnego. Niech sam zdecyduje kiedy i lepiej, żeby to nie było dzisiaj, bo dzisiaj nie mam dla niego czasu:)

niedziela, 3 stycznia 2010

Całe popołudnie...

…pachniało mi pieczonym ciastem. Z głośników – Bubel. Spod pędzla – obraz. Po pięciu godzinach stania przed sztalugami czuję wszystkie kręgi odcinka szyjnego i parę mięśni przykręgosłupowych. Starzeję się chyba, czy coś, ale dla takich dobrych dni warto się potem trochę pomęczyć. Taki początkoworoczny relaks.

sobota, 2 stycznia 2010

Zrobiłabym...

…podsumowanie, ale mi się nie chce.
W ogólnym rozrachunku nieźle. Nowy niech będzie bardziej zrealizowany. Chociaż, czy można realizować bardziej? Skoro MJ twierdzi, że taka jestem kategoryczna w decyzjach i realizacjach? Czyżby?
Postanowienia? Mam kilka:
wygrać…
przestać…
robić…
więcej…

tyle.

APDEJT:
Ostatniego dnia Starego Roku przy wyjeździe z Nowej towrzyszył mi Ptak Drapieżny. Leciał nad Wiśnią kilkaset metrów, co uznałam za zwiastun dobrego polowania na wszystko w Nowym Roku. Drugiego dnia Nowego, w powrocie z sanek towarzyszył mi Dziadek, który sam zaoferował się ciągnąć sanki ze Smokiem i snuł opowieści o zimie stulecia w 64tym i Marysi z pieprzykiem, którą wraz z matką ściągneli z drzewa, kiedy nastały roztopy i powódź spowodowana wylewem Bugu. Marysia jako półtoraroczny brzdąc strasznie się pałętała po maszynowni amfibii, ale Dziadek dzięki temu ją zapamiętał. Matkę Marysi również, bo kulała na prawą nogę. W 89tym Dziadek jechał pociągiem i w przedziale zauważył kobietę z pieprzykiem oraz starszą panią. Poprosił panią żeby zrobiła parę kroków, co też ta uczyniła ze strachu, bo wiadomo stan wojenny, strach i panika. Kulała. Dziadek po latach spotkał Marysię i jej mamę. Przysłała mu potem ta Marysia kartkę z Australii, gdzie wyemigrowała z mężem, że powodzi im się dobrze i w ogóle cud malina.
Pożegnałam się z dziadkiem na parkingu. Zasalutował po żołniersku prężąc swoich 67 lat na baczność. Ile można się dowiedzieć ciągnąc sanki ze Smokiem… Uznam to za zwiastun tego, że to, co moje dobre z przeszłości też do mnie wróci. Najlepiej w tym roku, jeśli mogę prosić.

Póki co upiór z przeszłości wrócił. Zaciskam zęby do bólu szczęki i budzę się z łomotem serca. Ale to nic, bo to JA zawsze wygrywam, więc i tym razem… Drapieżnie…

piątek, 1 stycznia 2010