licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

piątek, 22 stycznia 2010

Miasto po zmroku...

…nabiera uroku. I magii trochę. W obiektywie wygląda cudnie serio, serio. I tylko Diaboł marudził, że Mu w giczoły zimno, i wąs zamarzł, i małego palca u ręki nie czuje. Po co Mu mały palec, skoro to kciuk jest kluczowy, doprawdy nie wiem.

I jak jeszcze raz w najbliżyszm tygodniu usłyszę, że „bo ty jesteś taka optymistyczna/radosna/wesoła, że jak na ciebie się patrzy to się człowiekowi od razu cieszyć chce”, to słowo daję – będę rzygać… dalej niż widzę. Ludzie to leniwe matoły – nie chce im się poszukać wokół siebie zjawisk/rzeczy/sytuacji „na plus”. Wolą pasożytować na cudzym optymizmie i słoneczności i czerpać z niej dla siebie ile się da. Nie mam nic przeciwko w sumie, tylko niech się zamkną, bo mi słabo, jak słyszę w kółko to samo. A, motyla noga, tak niewiele potrzeba, żeby świat był różowy BEZ okularów w kolorze pink.

APDEJT:
Łazienka nigdy nie była aż tak zalana:))))))))))))))
Jeśli sąsiad nie przydzie z awanturą żeśmy go zalali to będzie znak, że Blog instnieje:)))))))))))))

czwartek, 21 stycznia 2010

Moje Misie...

…Puchate są przekonane, że na bal przyjdę jako Pamela/Madonna/Marylin/Doda. Przy czym uprzejmie dodają, że taka Pamela na przykład to „cztery kilogramy silikonu, a Pani jest żywe piękno prawdziwe”. Tia. W kwestii gubienia pantofelka na balu znalazłam chętnego na obcas i drugiego na śmierdzącą wkładkę do pantofelka. Dla ułatwienia dodam też, że oni planują tam tańczyć układ samby i odstawić ogólne show, aż reszta jak niepyszna posiada na zadkach z wrażenia i wstydu, że „oni tak nie umiom”. No pewnie, że nie umiom, bo do mie nie chodzom. Jezusienazareński, w następnej kolejności będę sie starała o warsztaty poprawnego języka dla nich, bo mnie uszy bolą. Ale fajni są. I obiecali mi japońskie kawałki, bo „japońskie som fajne i długie” – ano są.

Siedzę, słucham, mam ciarki i dreszcze, świat nie istnieje. Matkokochana jaki ten facet ma głos!!!  Wymiękam. Całkowicie. Zaczarował mnie. A poza tym nic tak nie brzmi, jak śpiewane po rusku piosenki o miłości. Nic.

W kwestii seriali komediowych. Moja obdarzona niezwykłym wyczuciem Przyjaciółka, była uprzejma najpierw przysłać mi SMSa o treści, której nie mogę powtórzyć, bo obie mamy podobno klasę. Wynikało z niego, że powinnam się leczyć NATYCHMIAST, ale mnie kocha. Potem poprawiła SMSem o treści „jesteś szurnięta”, co znowu sprowadzało się do tego, że powinnam zastanowić się  nad stanem własnego umysłu. Potem w rozmowie, powtórzyła treść pierwszej wiadomości oraz raczyła dodać, że jestem również durna i głupia – jakby to jeszcze robiło jakąś różnicę, no doprawdy. No i owszem parę razy powtórzyła wyznanie miłosne, ale to mnie akurat nie dziwi. Jak ktoś dostaje królika, to musi odwzajemnić miłość, nie ma siły. I to nie była walentynka, tylko tak se posłany królik. W końcu to wolny kraj i mogę obdarzać uczuciem kogo mi się podoba (o ile to nie wchodzi w paradę Diabołowi, ale już ustaliliśmy dawno co Diaboł myśli o radosnym wielokącie miłosnym On+ja+Jędze – platonicznym of oxykort mówię). Zrób człowieku coś nieszablonowego, to cię od razu zbluzgają od szurniętych debili. Pffff. Zamierzam  nie zaprzestać niecnych praktyk dziwacznych. Wolno mi.

A oprócz tego wszystkiego, jak się cżłowiekowi podniesie ciśnienie z rana, tak lekko i niezobowiązująco, a potem i tak ma dobry dzień, to ma podwójną satysfakcję. Albo nawet potrójną. Czy już doprawdy nic albo niewiele jest w stanie trwale wyprowadzić mnie z równowagi? Ćwiczę tę magiczną 50 od Who.
1. dostałam kilogram marchewki,
2. słuchałam RMF Classic,
3. uśmiałam się z jednym Prezesem,
4. smocze sanki są wypaśne,
5. nie było mi ślisko,
6. w Oszołomie nie bylo kolejki do kasy,
7. śledzie zjadłam,
8. Vitas
9. uśmiechnęłam Who,
10. stopy mnie bolą od tańca,
11. Misie mi się starają,
12. zapakowałam pięknie prezent na pierwsze Smocze proszone urodziny,
13. szklanka zimnego soku z rana,
14. dobrze mi w tym futrze,
15. jutro odbieram nagrodę z Lotosa,
16. książkę fajną mam,
17. Grazinowi robię dobrze książkami,
18. Smok zasnął od razu,
19. mam plan na obiad niedzielny z Dużym,
20. Diaboł mi wyznaje,
21. moja odżywka do chaszcza wróciła do Oszołoma,
22. oraz zupki też,
23. Diaboł nie zapomniał o kluskach,
24. ciepło mi,
25. przygotowane dnia poprzedniego ciuchy zawsze są właściwe,
26. nie musiałam skrobać Wiśni,
27. Orzech zatargał mi sanki do auta,
28. korków nie było,
29. mam obiecany kilogram jabłek,
30. udało mi się spuścić jedną panią na drzewo,
31. i drugą też,
32. odgryzłam się również,
33. zadzwoniłam do Who,
34. Who zadzwoniła do mnie…

…starczy. Resztę sobie pomyślę…

To ja sobie jeszcze posłucham Vitasa i idę spać i grzać katarek:)

środa, 20 stycznia 2010

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Przywiozłam do domu...

…kostium na bal przebierańców. Do twarzy mi, a Diaboł na mnie leci. Znak od Bloga?

:)))

APDEJT:
Rozmowy podobno przedmałżeńskie:
Cleos: Jak śpię to nad bąkami nie panuję.
Diaboł: No i dobrze, to jedyna okazja, kiedy sobie mogę posłuchać. Przynajmniej wiem, że jesteś człowiekiem.

Dziękuję. Dobranoc. Idę nie panować.

niedziela, 17 stycznia 2010

Zupełnie nie rozumiem...

…dlaczego szlifowanie drzwi o godzinie 9.00 w niedzielę uznawane jest przez Bliskie Mi Osoby za przejaw choroby psychicznej. Do godziny 9.00 bowiem zdążyłam umyć ścianę i kaloryfer. Tuż po 9.00 i jajecznicy na dwa sposoby, przeszyłam drugie futro, czym niniejszym wyczerpałam limit przeszytych futer na tą zimę. Będę się miała w czym pokazać na planowanym w czasie sympozjum kuligu. Ha! Ha ha! Muszę dodawać, że boski Mój Majestat wygląda w białym niedźwiedziu bosko? No. Ha!

Dwie czarne pantery ustawicznie polują na gołębie. Polowanie kończy się na szybie drzwi balkonowych. ŁUP! Czy koci łeb jest w stanie wybić taką szybę? Nie jestem przekonana czy producent przewidział takie przyczyny uszkodzeń…

Gorąca linia… hmmmm… Gdybym tylko mogła dostać w swoje łapki… Póki co służę uchem i dostaję skrętu karku przytrzymując słuchawkę ramieniem i krojąc mięcho na obiad wszechczasów. Sztuka kulinarna w tym wypdaku jest faktycznie sztuką… ekwilibrystyczną:)

sobota, 16 stycznia 2010

Lubię mieć...

…wszystko zaplanowane, zapisane, ustalone. Kieszonkowy kalendarz co roku wybieram starannie, bo oprócz standardowego „buty do odebrania”, „Rękawiczki dla Smoka”, „17.30 – ginekolog” musi się w nim znaleźć miejsce na zasłyszane debilizmy, na „zapachniało mi goframi w centrum Świętochłowic” i temu podobne. Wzorem ukochanej Chmielewskiej, w przepastnym pudle spoczywają kalendarze od 1997 roku. Tym sposobem, jeśli ktoś mnie zapyta co robiłam 26 października 2002 odpowiem bez zająknięcia, po uprzednim wygrzebaniu informacji. Bezcenne na wypadek kłótni rodzinnej, morderstwa w sąsiedztwie i innych nieprzewidzianych okoliczności. Taki lekki świr. Że ja tak mam, to wiedziałam, przywykłam, pogodziłam się, bo mi to nawet ułatwia życie. Ale…

…

…Diaboł przyszedł do domu.
- Cleoś masz jakiś zbędny kalendarz?
- Na kredensie leży, a co?
(Zrobiłam oczy jak spodki, bo Diaboł NIGDY o NICZYM nie pamięta to taki stan constans)
- Muszę sobie zacząćprzy Tobie zapisywać…

Alleluja.

A wczoraj zadzwonił do mnie do pracy z pytaniem:
- Czy my mamy jakieś plany na weekend, bo chciałem sobie zanotować.

Plany podałam.

Zasadniczo nie chodzi o to, żeby nie zapomnieć o tym, co w przyszłości ma być. Podobnie jak Kate zapamiętuję kalendarium na parę miesięcy do przodu. Chodzi o to, żeby pamietać co było – do najmniejszej drobnostki, bo czasem szkoda zapomnieć o pani w pokracznych kozaczkach, albo panu z cygarem na przystanku. Taki lekki świr…

APDEJT:
Jedna pani mi spadła z drabiny. Uchwyciłam lecącą niewiastę ratując jej zadek i zaskarbiając sobie dozgonną widzięczność. Dodajmy dla ułatwienia, że małżonek pani pozostał był w aucie.
Wymarzłam. Ale w Helplandzie na strudzonych wędrowców czeka gorąca Liptonka.
Słucham Vitasa… i mam ciary…

piątek, 15 stycznia 2010

Who ma...

…prikaz panować nad sobą. Do 150 i ani grosza więcej, bo ubiję jak psa, albo raczej jak naszą czarną sukę Nefkę-Konewkę za żarcie gąbek do zmywania.

Ja miałam…hm… miły akcent dnia. Doprawdy, czuję się rozdziewiczona.

Moje Misie Puchate tańczą sambę na pokazie – w układzie grupowym. Ratunku. Biorąc pod uwagę, że został nam jeden trening na wyćwiczenie tego, może być lekka padaka.

Grabarka ma tyle pracy, że od wtorku Jej nie widziałam. Tęsknota ma różne oblicza, czasem Blockhausu Numer Zwei:)

Z planu na dziś, zrobiłam drzwi, podpisałam obraz, pobawiłam się ze Smokiem. Futra nie zrobię, bo mi z otchlani kinematografii wyskoczył „Władca Pierścienia” i Smok zarządził oglądanie.

Z planu na jutro – 4 godziny na Hacjendzie. Byle nie było -10, dam radę. Przy większym mrozie mogę uświerknąć.

Mrrrrrrrruczę.