…wczoraj poziom wścieklicy zawodowej przekorczył górną granicę bezpieczeństwa. Wyżyłam się w Wiśni. Nieładnie. Jakiś matoł po 50tce, z brodą i w Suzuki trąbił za mną i machał światłami. Niedowartościowany, zakompleksiony fiut z manią prędkości rekompensującą mu zadyszkę po powolnym wejściu na drugie piętro. Ograniczenie było do 70. Stanął koło mnie na światłach i zaczął bić brawo wgapiając mi się przez szybę. Zawsze musi być ten pierwszy raz – z uroczym uśmiechem i gromami ciskanymi zza okularów poczęstowałam pana środkowym palcem. A to oznacza, że hamulce zostawiłam w firmie. Bo w sumie mógł wyjść z auta, wycharatać mnie przez okno i natrzaskać po ryju. Słusznie-niesłusznie to inna sprawa. Buc. Paru nawet. Mam potrzebę, żeby komuś przydzwonić. Taką pierwotną potrzebę wyładowania na kimś wściekłości, najlepiej w ringu, żebym musiała się też skupić na obronie – przyda mi się w najbliższym czasie dobra garda. Mam PLAN, co się sam nie uknuł. Niech mi tylko poziom adrenaliny opadnie i biorę się za realizację. NIKT nie będzie ze mnie robił idiotki. NIKT.
APDEJT: Na uspokojenie spagetti carbonarra. Od rana towarzyszy mi disco polo. Zamierzam za chwilę (11:03) otworzyć drzwi balkonowe i discować na pół ulicy. Postanowiłam stanąć na wysokości zadania i znaleźć muzę, w tym dla każdego piosenkę imiennie. Brakuje mi Grażyny, Wiesi i Arkadiusza. Any ideas?
…chwila wsadzania regału na regał. Diaboł obleciał sąsiadów szukając męskiej pomocy „Bo ty Cleoś tego nie podniesiesz”. Luz. Ja jestem wątła niewiasta, przed szereg się nie będę wyrywała. Przezornie zabandażowałam tylko nadgarstek, bo mnie nadal boli i wytargałam z Diabolem regał z salonu do przedpokoju. Kolumbryna. I co? I męska część sąsiadów wybyta, poza jednym zza ściany, niezawodnym jak zwykle. Zatem mając w perspektywie czekanie dzień lub dwa z regałami w przedpokoju na wsparcie z pracy Diaboła, tudzież innych organizowanych naprędce samców orzekłam, że dam radę. Panowie uskutecznili część logistyczno-projektową-omówię problem na pierdylion sposobów i dźwiglim. Rad, dwa, trzy i regał stał. Po wszystkim Diaboł pyta D: I jak tam Cleoś nadgarstek? C: Spoko, nie boli, podnosiłam jedną ręką i trochę kolanem. Spojrzał nic nie powiedział. Podobno jestem dzielna. Jakby ktoś potrzebował ekipy nosząco-dźwigającej to mamy wprawę.
Jutro i pojutrze reszta ustawiania i skręcania, w sobotę przenoszę starą garderobę do nowej i odgruzowuję gabinet. Telefonów nie odbieram, gości nie przyjmuję, napawam się:)
…to wszystko tak radyklanie przemyślę, to mi wychodzi, że i tak mam farta. Dostałam zwrot podatku, co do którego Wąż odgrażał się, że co to on mi nie zrobi i jak to on się nie rozliczy. Zatem o urlopie myślę już spokojnie. Dostałam rabat na te megatanie zabudowy do garderoby. O rabat upomniałam się w poniedziałek rano. Dziś Nadworny Stolarz dowiózł szuflady uprzedzając mnie uprzednio telefonem, że on w sprawie tych oświadczyn przyjedzie. (Dla niewtajemniczonych: to ja deklarowałam, że gdybym mogła to bym mu się oświadczyła tak mi szybko i sprawnie te zabudowy zrobił – dobry majster to pomiziany po ego majster). Umarłam ze śmiechu przy telefonie. Ale nie o tym chciałam i zakładam, że żona Nadwornego Stolarza mogłaby wnieść sprzeciw. Przywiózł szuflady i z miejsca mnie objechał, że on mi fakturę z rabatem wystawił już w niedzielę wieczorem i nie musiałam się wcale domagać. Szuflady dowiozłam do domu w całości chociaż mi jeździły po Wiśni tam i nazad. Dupeczki moje zachwyciły się zielonym ziastem smoczym i domagały się przepisu oraz zwróciły paterę z oświadczeniem (nie się), że jutro chcą mieć pełną. Akurat. Robienie ludziom dobrze na samopoczucie robi mi dobrze na zwoje. A potem Kate mi powiedziała, że nam na Sylwestrze ludzie zazdrościli i że w NASZYM WIEKU (ja się pytam co to znaczy w „naszym wieku” bo ja mam ciągle siedemnaście), ludzie nie przeżywają i nie okazują takiego omatkokochanomojo-mój-ci on/ona, że my z Diabołem taki jesteśmy wybryk natury, ewenement i kosmici. A do tego odkryłam nowego bloga, za którego Who dostanie w czapkę, że nie polecała wcześniej. Pary z gęby maupa nie puściła. Ale znalazłam sobie sama i zasysam i znajduję tam czasem jakby swoje własne myśli. I jak to sobie poskładam do kupy, to sobie myślę, że trudno, że sędzia był uprzejmy zejść śmiertelnie, trudno, że coś tam (żadna inna katastrofa nie przychodzi mi do głowy) i tak mam farta. I nie zgadzam się z tymi, którzy się nie zgadzają z poglądem, że pozytywne myślenie czyni cuda.
Mam w sobie pewnikiem pokłady czegoś, jeszcze nie zdefiniowałam czego, co sprawia, że mi się chce tańczyć. Nie tylko z Misiami Puchatymi moimi. Tak ogólnie życiowo. Bo rozglądam się wokół i co? Na środku salonu stoją mi regały do garderoby, telewizor co ma lat 20 albo i więcej szuszczy, pandan mi się zakurzył, ruin jeszcze trochę mam. I co z tego? Czasami, jak mnie już remont doprowadza do wścieku i mam dosyć kurzu i pyłu, jak mi Diaboł podnosi cieśnienie, albo ja Jemu (no nie ukrywajmy zdarza się nawet z moim anielskim usposobieniem), jak mi się wali jakiś kawałeczek układanki co to ją puzzel po puzzelku układam sobie we łbie… czasami, w takich chwilach biorę wyimaginowany szpadel w ręce i walę się między oczęta. Jedno pytanie Cleoś, jedno sobie zadaj durna babo – tak sobie mówię. Wolałabyś nowy telewizor, hacjendę, gosposię być może raz w tygodniu i samotne zasypianie? i oglądanie filmów w oddzielnych pokojach? i dni bez rozmów i dyskusji? Uwielbiam mój kurz i pył i stary telewizor. No dobra, nienawidzę, ale uwielbiam okoliczności towarzyszące. Mam farta, ze wszystkimi black&white’owymi pierduśnikami dookoła, ze wszystkimi szarościami i burościami. Jak mi już było naprawdę źle, naprawdę, ale tak beznadziejnie, że trzy godziny płakałam Who, albo Kate, albo Marchwiakowi, albo Iwie, albo Dziobakowi (kolejność w ciągu dnia płaczów dowolna) w słuchawkę tudzież w ramię, to sobie wymarzyłam, wymyśliłam, jak ma być, jak ja chcę, jak mi się powinno ułożyć. Można walczyć długo i długo potrafiłam, ale w ostatecznym rozrachunku wyszło mi, że nie da się już inaczej, jak tylko zawalczyć o siebie. No i teraz mam kurz i pył i remont i telewizor z innej epoki i to wymarzenie i zasypianie jak z cleosiowego podręcznika o zasypianiu w obdiaboleniu. Przypomnijcie mi to, jak będę dostawać palpitacji, bo mnie Diaboł doprowadzi do wścieklicy. Ale taka prawda.
Na farta, składają się drobiazgi. Ten zwrot, ten rabat, to ciasto, to że Smok rysując obrazek pt.: „Your family” rysuje siebie, Diaboła, Węża i mnie – na koty i traktora zabraklo miejsca, to zasypianie, poranne Diaboła marudzenie, Smoka kredą upapranie, i ten kurz i syf, po którym będzie już tylko lepiej. Inaczej być nie może. Tak sobie życzę.
…czasu w innej strefie czasowej przyjechały o dwie godziny spóźnione. Właściwie bardziej do Diaboła niż do mnie, bo to Jego samcza wiedza i podejście były aktualnie potrzebne. Bywa. Zaczynam się przyzwyczajać, że samiec z chowu wsobnego i hodowli domowej jest rozchwytywany a taka Who na przykład niedługo zacznie peany i hymny pochwalne ja Jego cześć układać. Wczoraj raczyła jeno stwierdzić, że „Ja wiedziałam, że Diaboł nam pomoże i choćby się zesrać musimy do Cleosi dojechać”. Przy czym „do Cleosi” jest tu raczej figurą retoryczną. Diaboł po wszystkim stwierdził, że odzwyczaił się od krzyku, wrzasku, wizgu, jazgotu i ogólnego larma, jakie tworzymy we trzy. Mnie też brakuje tych konstruktywnych konwersacji pełnych klasy i kultury wysokich lotów.
Za to dzisiaj okazało się, że mamy z Diabołem w kwestii faz kolejnych zbieżne gusta. Faza A porównywalna jest do języka francuskiego z jego rrrrr i włosami falującymi na wietrze, oczami w blasku księżyca i całym tym romantycznym pitu-pitu, może być popartym kolacją i winem i otoczką z harlequina. Faza B jest jak germańska mowa z jej RRRRR i fick mich an. W fazie C idę kulać kluski albo robić ciasto zadowolona z efektu fazy B. Żeby nie było – o całowaniu rozmawialiśmy, o sposobach i upodobaniach:)
Zainaugurowałam sezon czytaczy na balkonie – wyprałam krzesła, wysuszyłam, zaplątowywuję nogi w barierki i wsysam horrory, gdzie flaki, wrzody, parchy, trupy, zombi, siekiery. Wiosenne odmóżdżanie:)
APDEJT: Jak słucham tego bredzenia w TV, że najlepiej by było gdyby każda partia ponad podziałami zbierała podpisy na wszystkich kandydatów, to mię zęby bolą, a chwilowo nie mam czasu na stomatologa. Takie to uroczo współczujące i takie całkowicie zaprzeczające racjonalnemu myśleniu. No błagam. Cyt: „Żebyśmy zaczęli żyć solidarnością i honorem i żeby honor był faktycznie honorem” – łamiącym się głosem. Omatkokochanomojo, jeden tylko patriota w tym kraju był i jeden tylko wiedział co to Honor i Ojczyzna. A dupa. Za parę dni tożsamy w geny Jarosław pozbiera się do kupy, zrzuci maseczkę spokojnej rozpaczy i zobaczymy co będzie. Kapitał polityczny na Jedynym Sprawiedliwym już ma zbity na bank. Przez osiem dni mieliśmy narodową zbiorową histerię, teraz będziemy mieli tydzień albo dwa analiz wszelakich „głębokiej potrzeby żałoby”. Pieprzę żałobę. Jedyna korzyść z tego była taka, że w radio nie było reklam, tylko fajna muza. W sumie tylko Eyjafjoell umiała się zachować. Wybuchła i uniemożliwiła niektórym przybycie na krakowski folwark. Bo jakby się pojawiło tych 96 delegacji z Obamą, królami, Berlusconim, Sarkozym, to by nam jeszcze ŚP wynieśli na ołtarze w przyszłości, bo się przed nim wielkie głowy tego świata pochyliły. A tak? Beatyfikują Go, bo pył opadł jak wylatywał ze stolicy i można było lotniska otworzyć. Może jestem radyklana, może niemiła, może wredna sucz, ale doprowadza mnie to do szewskiej pasji i wścieku macicy. Chociaż nie, macica jest spokojna, tylko mózg mi się gotuje i cała wnętrzność patriotyczna się pieni.
…jest taka, że można zamówić meble w czwartek i dostać je gotowe w piątek następnego tygodnia, do tego w oszałamiającej cenie. Jedyne utrudnienie polega na tym, że trzeba je sobie samemu skręcić, ale my oboje z Diabołem przebieramy na ten fakt z radości nóżkami. I dodam dla wyjaśnienia, że nie chodzi o biureczko czy o stolik marnej postury, jeno o zabudowę garderoby sztuk dwie o mizernych wymiarach 210×320, z pierdyliardem szuflad, wieszaków, pierduśników.
…nadal jutro. Żeby nie uprzedzać faktów i nie mowić hop zanim się nie skończy.
Dzisiejsza dobra jest taka, że mi się podoba. Za 10 godzin treningowych kończę zajęcia z Misiami Puchatymi. Na tę okoliczność robimy choreografie, udziwniamy i inne takie. Żeby mieli i mogli w każdych okolicznościach pokiwać się klasycznie. Puściłam ci ja dzisiaj walca angielskiego i jak machnęli, to stałam morda mi się cieszyła i niemal się wzruszyłam. Skończyli. Cleos: To teraz dla mojej przyjemności proszę jeszcze raz. Skończyli. Gwiazda TVN: I co było pani przyjemnie? Oj było. Za nimi samba, jive, rumba, cha cha cha, tango, walc angielski i wiedeński. Na więcej się nie porwę, bo potrzebne by było 1000 godzin a nie 10. Ale jestem zadowolona.
Z nowin co o nich nie wolno mówić bo są właśnie do tej części ciała – kupiłam wazon, przyniosłam do domu, położyłam na blacie w kuchni, pozbierałam, pozamiatałam, wyrzuciłam. Się stłukł był sukinkot. A taki był fajny – czerwony.