licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

piątek, 6 sierpnia 2010

Jarunia na...

…zaprzysiężeniu nie było. Komentator na TVN24 stwierdził, że to była polityczna manifestacja. Dla mnie to była wyjątkowo osobista manifestacja, kiedy to urażony drób zadarł dzioba, odwrócił kuper i poszedł w pizdu obrażony na cały świat. Tym bardziej, że potem przyszedł sobie zagłosować – na pewno przeciwko. I o co się obraził? Że teraz będziemy mieć prezydenta, który w towarzystwie kompanii honorowej nie wygląda jak karzeł i nie sięga żołnierzom odrobinkę ponad pas? Ja wiem, że prezencja nie jest najistotniejsza. Biorąc pod uwagę reprezentacyjną raczej rolę prezydenta liczy się klasa. Drób pokazał swoją dzisiaj, albo raczej jej brak. Wynika z tego, że drób ma jaja w rozmiarze XS. Żałosne. I dobrze, że nie będzie nikogo reprezentował poza drobiowymi pisiorami.

Już wiem dlaczego nie oglądam telewizji.

środa, 4 sierpnia 2010

11 dni...

…to go.

W łazience prawie koniec.

W ramach posiadania Zygfryda Przytulaczka zrobiłam fakultet ze zwierzęcego manicure i pedicure. Koty mam opanowane już, jakby ktoś posiadał na stanie i miał potrzebę tipsów czy coś to ja się polecam. Przyszedł czas na żółwie. Aktualne menu: sałata, mlecze, jabłka. Żółwi catering dostarcza codziennie zieloniuniutkie mleczyki nieobsikane z ogrodu własnego. W planie przetestowanie marchewki. Jeszcze jakieś pomysły? Jeden Wujek Zygfryda przytaszczył mi dziś kamień, pytając z troską w oczach czy jest wystarczająco duży i wystarczająco płaski:)

Na „Smakoszu” wczoraj zasnęłam. Coś mi się nawet śniło, ale nie było to nic proroczego. Jak będę miała sen proroczy to sobie na wszelki wypadek usiądę, po co się mam przewracać z hukiem.

Ja nie wiem doprawdy skąd mi się te myśli biorą, ale po myślotokach dochodzę do wniosku, że powinnam jakieś prochy brać na niemyślenie czy cuś. Skądinąd wychodzą mi całkiem przyzwoite rzeczy, niekoniecznie nadające się do publikacji, za to takie, które zostawiają ślad. Taki głęboki słoneczny ślad.

A oprócz tego Grabarka mnie natycha do refleksji. I naszła mnie taka, że poprzednio po 3 latach to już było średnio fajnie, tylko ja byłam naiwna kretynka. A teraz? Teraz po 3 latach jest tak jak w pierwszym miesiącu – ten sam błysk, ta sama iskra, tylko wiemy o sobie znacznie więcej i patrząc na siebie widzimy się lepiej. Prawdziwiej może – i niczego to nie zmienia. Znowu jestem naiwna? Czy może teraz to jest To?

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Do urlopu...

…13 dni.

Wieczorne rozmowy z Diabołem przynoszą ustalenia najdziwniejszych, najdzikszych kwestii. Doprawdy nie wiem, czy dla własnego zdrowia psychicznego nie powinnam chodzić spać JESZCZE wcześniej.

Plan na dziś napięty, głównie kaflami pochłonięty – do oporu…

niedziela, 1 sierpnia 2010

Nie wiem jak to się...

…dzieje, ale najwięcej kosztują zawsze zwierzęta, które dostajemy za darmo:) Darmowy kot od Iwy pochłonął znaczną część miesięcznego budżetu, za to kamień w pęcherzu miał cudny i wielki.

Tym razem moja najdroższe, ukochane, najwspanialsze Przyjaciółki (niech Je piekło pochłonie, będą miały raj:) ) znalazły żółwia, kiedy wybrały się na rowerową przejażdżkę. I jakżeby inaczej zadzwoniły czy z Diabołem nie chcemy żółwia. A my – matoły koncertowe oczywiście chcemy – dla Smoka na urodziny. Gratisowy żółw okazał się być żółwiem stepowym Testudo horsfieldii, aktualnie najdroższym żółwiem w naszym domu (blogu dzięki, że jednym). Od matek chrzestnych otrzymał dźwięcznie brzmiące imię Zygfryd, ale i tak pewnie Smok przechci go na Przytulaczka. Iwa obiecała mu uszyć milusi kubraczek, Grabarka została nadwornym cateringiem żółwiowym dostarczającym trawy, mlecze i koniczyny nieobsikane przez psy, terrarium stoi i się grzeje. Cud.

Zapotrzebowanie na znalezione zwierzęta zostało wykonane w 100%. Ewentualnie jakby komuś kanarek wpadł do mieszkania przez okno, to ja się jeszcze piszę…

:))) Dzięki Kobitki, mam nadzieję, że Przytulaczek przeżyje stresy i ucieszy Smoka:)

sobota, 31 lipca 2010

Jaki Diaboł...

…taki Smok. Kupowanie butów z nimi wygląda tak samo. Poszliśmy po czarne i granatowe, wróciliśmy z czarnymi i szarymi:)

piątek, 30 lipca 2010

Obserwując niektóre...

…dzieci, o przepraszam – bachory dochodzę do wniosku, że czasem metoda „przywiązać na smyczy do drzewa, stanąć w oddaleniu i przy każdym okrążeniu, jak będzie biegać jak porąbane lać laciem po łbie” jest jedyną słuszną. Mam takie pasożyty w okolicy rodziny, znajomych i przyjaciół królika. I ja nie mówię wcale, że dziecko ma siedzieć w kąciku i trzy godziny bawić się woreczkiem foliowym, jak jeden taki Drożdż w dzieciństwie – wcale nie. Ale jak słyszę, że dziecko po trzech dnaich bez rodziców zaczęło rzucać w babcię kamieniami, a babcia na to nic, bo „to było podłoże emocjonalne takiego zachowania”, to mi się maczuga w kieszeni prostuje. Hesus, a potem się dziwimy, że uczniowie wkładają nauczycielowi kosz na śmieci na głowę, albo kopią koleżankę do utraty przytomności, a w przypadku szlabanu na internet walą mamunię tasakiem w czaszkę – emocjonalnie oczywiście.

czwartek, 29 lipca 2010

Do urlopu...

…17 dni. Zmęczyłam się jakoś tak. Czemu tu się dziwić jednak, skoro najpierw zaliczyłam Liroja, potem Oszołoma, potem Ciotuchnę od Brukselki, potem Dużego. Pierwszy sprzedał mi lakier do drzwi, które w ramach relaksu będę jutro malowała. Drugi cały bagażnik zakupów w tym gigantyczną donicę, do której już przesadziłam palmę z łazienki. Trzecia dała obiad z marchewką z groszkiem, której nie lubię i ciasto dla Diaboła. Duży nic nie dał, za to ucieszył się z ciasta od Ciotuchny i gazety. Life. Zaprawiłam bunclok ogórasów jeszcze, o. Zrobiłabym cośtam może, ale w sumie po co.

Na weekend plany takie, że najpierw idziemy z Diabołem na buty. Widziałam w biegu do banku zajedwabiste sandały – granatowe na gigantycznej szpilce (notkę sponsoruje przymiotnik: gigantyczny). Diaboła zabieram w celu dyscyplinowania mnie. Bo jak ostatnio poszłam ze Smokiem po brązowe szpilki, to wróciłam z brązowymi i owszem oraz czerwonymi w bonusie. No ktoś musi mnie pilnować jednym słowem, bo  te wszystkie przeceny, i te wszystkie szpileczki, i te wszystkie o mój bloże. Bo ja tak w ogóle to potrzebuję jedne czarne do spódnic, jedne granatowe jeszcze nie wiem jakie (może te sandały jednak, cholera) i jedne sobie wymyśliłam, że nie wiem jakie sobie wymyśliłam – czekam na natchnienie.
A potem, po kafelkowaniu i malowaniu i w ogóle idziemy na balety. W myśl zasady „wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni…” Będzie się działo…