licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

niedziela, 7 listopada 2010

Wynieśliśmy...

…pianino do gabinetu. We dwójkę. I kredens. Niech mnie ktoś dobije. W salonie zrobiła się przestrzeń, aż szkoda tam będzie stawiać kominek i te wszystkie przesuwane ściany, co to je sobie Diaboł wydumał.
Tymczasem mamy miejsce na popołudniowe tańce, gdyż ponieważ muszę poćwiczyć wymyśloną dla Misiów Puchatych choreografię do rumby.

Nikt nie mówił, że życie z Cleosią będzie łatwe:)

sobota, 6 listopada 2010

Nadszedł Diaboł...

…w arbeiciarskich ogrodniczkach, z rękami w kieszeniach. Symulując symulowanie parufona odtańczył szakalaka pseudoorganem w rytm Get it Tonite – Montell Jordana i poszedł. I bądź tu człowieku skupiony na pracy:)

piątek, 5 listopada 2010

QUIZZZZZ

Po czym poznać, że Cleosia miała dobry dzień/tydzień/początek miesiąca?

a) żegnając się ze współpracownikami na parkingu dyga niczym dwórka Elżbiety Którejśtam
b) żegnając się ze współpracownikami na parkingu posyła buziaki jak urodzona Miss Universe
c) żegnając się ze współpracownikami na parkingu wystudiowanym gestem macha jak Moja Wysokość
d) wracając do domu na każdych światłach pokazuje komuś język i cieszy się jak dziecko.

Odpowiedzi prosimy zamieszczać w komentarzach.
Przewidziane nagrody:)

czwartek, 4 listopada 2010

środa, 3 listopada 2010

Najpierw...

…wspinając się na wyżyny dyplomacji uzyskałam obietnicę dostarczenia Scrabble. Miały co prawda ratowac małżeństwo, ale zakurzyły się od używania. Bywa. Dzisiaj Drożdż dotrzymał obietnicy – będziemy grali wieczorami w pięknie pomalowanej jadalni.

Potem wywróżyłam sobie pomyślność malarską i…

…sprzedałam dwa obrazy. Kasa wymiennie poszła na oprawę lustra i innego obrazu, który Diaboł uparł się umieścić w pokoju kąpielowym. Niech ma, chociaż „Silhia – elfka, której nie ma” do moich faworytek nie należy (obiektywnie stwierdzając ze wszystkich 20 jest najlepsza niestety). Powtórzę jeszcze raz, żeby się napawać – SPRZEDAŁAM DWA OBRAZY!!!:))) Matkokochanomojo (do MJ zadzwoniłam oczywiście) chyba skonam z radości.

Następnie skontaktowałam się z moją manager od wystawy (którą zresztą wszyscy znamy), powtórzę WYSTAWY, bo tak, podjęłam męską decyzję, że raz kozie śmierć i najwyżej okrzykną mnie mistrzynią kiczu. Będę się wystawiać. Szczegóły jak się wyszczególnią:)

W następnej kolejności odebrałam trochę telefonów, SMSów, wstąpiłam na lekką wojenną ścieżkę z Drożdżem (a dopiero mówiłam Kate, że taki jest milutki), doprowadziłam do lekkiej wścieklicy Dużego i takie tam drobiazgi. Jednym słowem dzień jak co dzień:)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Żeby dobrze...

…wyjść na zdjęciu, trzeba mieć dobry kontakt z fotografem. Dobrze byłoby też, gdyby była jakaś iskra, emocje, wzajemna pasja. Tak mi się wydaje, chociaż się nie znam. Myśl mnie naszła, bo byliśmy wczoraj na rodzinnym spacerze, na którym obfotografowaliśmy pół miasta, różne chaszcze i siebie wzajemnie w potrójnych kombinacjach. I wróciliśmy do domu z masą fajnych zdjęć, zmęczeni, ale w doskonałych humorach.

W życiu, NIGDY, never, JAMAIS, nikagda nie miałam tylu zdjęć, na których się sobie podobam, o których mogę powiedzieć, że nie wyglądam jak pół dupy zza krzaka, talking head, albo inny wyeksponowany ewentulany pryszcz na nosie. I tak to. Niniejszym stwierdzam, po uprzednim nabyciu doświadczeń życiowych, że potencjalnego kandydata na chów wsobny należy najpierw poddać testowi obiektywu. Test polega na sprawdzeniu czy widzi w nas tylko mordę, którą trza obskoczyć z aparatem, żeby babsko dało spokój. Albo może dla własnej przyjemności zrobienia 7000 zdjęć na wakacjach, z których na 3500 niewiasta  ma minę jakby jej ktoś przygrzmocił właśnie kijem golfowym, a na pozostałych jest za blisko/za daleko/za dużo światła/za ciemno/za cośtam nie mam pojęcia wurwa co i żadne jej się nie będzie podobało (no dobra ostatecznie dwa może). Takiego kandydata żegnamy oschle i życzymy mu nieustającej chęci podróży (jak mawia Szef S.)
Inna opcja jest taka, że kandydat nas widzi samczym okiem, dostrzega kurwiki w oczach, potrafi je wywołać, tworzy atmosferę albo skupienia, albo wygłupów, albo jesiennej nostalgii, albo po prostu robi zdjęcie ot tak, i widać w nich, że On nas całym sobą i każdą śrubką w aparacie love, chce, czuje, rozumie, postrzega. Takiemu kandydatowi  przyglądamy się bliżej i okazuje się, że to Diaboł:)

Konkluzja jest taka, że nawet przez te wszystkie matryce, soczewki i inne pierduśniki widać, czy facet widzi w nas element wystroju wnętrza i własnego życia, czy drugą połówkę pomarańczy.