licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

sobota, 11 grudnia 2010

Mając...

…delikatnie i chwilowo w odwłoku odczucia estetyczno-odbiorczo-czytelnicze pozwolę sobie oznajmić, że

KURWA MAĆ!

APDEJT:
Chodzi  Diaboł koło automagicznej ściany, co to jej jeszcze nie ma z kątówką w ręce i mruczy pod nosem „biega krzyczy pan Hilary, gdzie są moje kurka wodna mać fuck shit ochronne okulary?”
Lekko mi to poprawiło humor, ale tylko leciuchno.
Gruntowna poprawa nastąpi za 20 minut.

środa, 8 grudnia 2010

W tym roku...

…na czubku choinki zawiśnie biało-zielony motyl. Zrobiłam połowę i już nie czuję kręgosłupa. Brzucha też nie czuję – sześć godzin się męczyłam. Nie pomogła orzechówka od Szefa S., ani No-Spa od grabarki, ani jakieś coś od Dupeczek moich z produkcji – myślałam, że zejdę. Trzeba sobie było tego ogórka być może zaaplikować niekoniecznie doustnie.
Diaboł pracuje nad Arkadią, Smok robi nie wiem co, a ja mam ochotę się przewrócić.

wtorek, 7 grudnia 2010

Nadeszła...

…Arkadia.
Stół się skręcił Diabołem.
Wentyl w Wiśni się wymienił panem wulkanizatorem.
Komenda się odwiedziła.
Pieczątka się odebrała.
Ściana się muruje.
Konwersacje się prowadzą.
Plan się knuje.
Niespodzianka się szykuje.
Mikołaj wlazł balkonem.
Renifery się ukryły.
Film się obejrzał.
Obraz się skończył.
Nowy się wymyślił.
Ruska muza się słucha.

Jeszcze bym sobie coś… ale nie wiem co. Może książka?

niedziela, 5 grudnia 2010

Jak sobie...

…chłop coś ubzdura, ukula we łbie, to proszę Państwa przewalone. Nawet gdyby to był pomysł dziwaczny, pokręcony, niezrozumiały dla nikogo innego. Jedyna nadzieja w tym, że przeszkody wynikną z zewnątrz. Jak w przypadku rolety, która miała zawisnąć na ruchomej ścianie. Zaczynam tą ścianę widzieć, tym bardziej, że Diaboł ustawił ytongi i nadał jej jakiś kształt początkowy. Ale szmata? Na środku? Po kiego grzyba? Never! Okazało się, że SĄ przeszkody – chwała blogu. Już niech On sobie muruje, tynkuje, gipsuje i przykręca, tworzy, wydziwia i majstruje, uskutecznia, kula i przestawia, mierzy, przykłada i przekłada – trudno, jakoś to przeżyję. Ciągle przeciwna szukam rozwiązania, żeby ta kolumbryna nie wygladała jak katafalk w salonie. Ratunkiem są donice z kwiatami i obraz malowany na przesuwanej ścianie przestrzennie. Być może częściowo zakrywające wnętrze drzwiczki, być może inny kolor ściany ZA przesuwaną ścianą. Może się okazać, że ją polubię nawet – nie wykluczam. Póki co z lekką dozą niechęci patrzę na diabołową działalność i chyba dla spokojności pójdę sobie umyć podłogi w marokańskiej sypialni i smoczej jamie.

sobota, 4 grudnia 2010

Miałam się wczoraj...

…urżnąć na smutno. Zdołować masakrycznie. Zapodał mi Diaboł drinka z cleosiowym sokiem, ja sobie zapodałam „Lejdis” i nastawiłam się na powolne konanie wśród szlochów…

…A potem objawiła się Obserwatorka, daj Jej bloże co tam chce, głównie szczęścia może jednak. Gadałyśmy do północy z kawałkiem. Matkokochanomojo, urżnęłam się owszem, ale na wesoło, ciekawa nowej znajomości jakże obiecującej i widocznie już zmierzającej w dobrym kierunku. Umówiłyśmy się na przyszły weekend, żeby sobie poklachać, a Smokowi i (jeszcze nie mam pseudonimu artystycznego) córce Obserwatorki zrobić niespodziankę. Nic więcej na razie nie napiszę. Ale po nocnych rozmowach wyszło mi, że jednak pomimo szczerych chęci nie byłam taką burą suką jakby się wydawało i nie jestem odosobniona w poglądach na…

Radosną nowiną podzieliłam się z Diabołem, z MJ i Who. Na razie tyle. Jak się już spotkamy, to roztrąbię to po horyzont, żeby dotarło gdzie trzeba. I będę potem oczekiwała reakcji – i oooooooo… na pewno się doczekam, na pewno.

Normalnie teraz cały tydzień będę przebierała nóżkami z niecierpliwości:)

I do tego jeszcze stałam się dziś szczęśliwą właścicielką cleosiowego stołu – dokładnie takiego, jak sobie wymyśliłam, a nawet o 5 centymetrów szerszego. I do tego sklep będzie uprzejmy przywieźć go JUTRO, w niedzielę – oczy przecierałąm i uszy ze zdumienia, kiedy mi to przemiły pan z kolczykiem w nosie oznajmił. Se podskoczę normalnie… zaczynamy MIEĆ jadalnię:)

APDEJT:
Diaboł pojechał po pustaki (w sensie, że nie po debili jakichś tylko po bloczki ytong) i złapał gumę. Zatem cleosiowe road assistance pognało na pomoc z walizką pełną kluczy, nasadek, grzechotek i co tam jeszcze. W czerwonym dresie, swetrze muszkieterskim, śliwokach i białym futrze z niedźwiedzia – do dresu jak ulał. Wyglądając debilnie dojechałam i wróciłam… A na dworze? Minus pierdylion i mgła – stanowczo odmawiam wychodzenia z domu!

piątek, 3 grudnia 2010

Gdybym...

…wiedziała jak się mam czuć to bym się czuła. A tak? Programowo jestem lekko zdołowana niekoniecznie tym co usłyszałam dzisiaj. A usłyszałam, że Drożdż ma dziewczynę. Daj mu bloże, co tam sobie chce. Zastanawiałam się nad swoją reakcją, jaka będzie od dosyć dawna. Bo przecież powinien zdychać w nieszczęściu, za to, że mi zrobił kuku, że zmusił mnie do zrobienia mu kuku,  że zrobiliśmy sobie kuku. Ale… Usłyszałam w jego głosie radość i… no kurna ucieszyłam sie chyba. Jak mi się to uda sprecyzować to obwieszczę światu. Póki co Ala Łyżwiarka wydaje się go uszczęśliwiać, zatem niech jej się wiedzie i powodzi i w ogóle. Może jak jemu będzie dobrze to i nam będzie lepiej, bo sobie chłopak odpuści różne złośliwości. Nawet wspomnienie o Diabole przełknął spokojnie w kontekście rozmowy ze Smokiem „Smoku do Diaboła mówisz wujku albo po imieniu, to i do Ali Łyżwiarki będziesz mówiła ciociu albo po imieniu.” Na co  Smok mówi „Albo Prosiak”. „Nie kochanie do Ali Łyżwiarki raczej nie mów Prosiak, bo może nie być zachwycona.” I w ogóle tłumaczenie, że przecież chcemy żeby tatuś był szczęśliwy, bo jak będzie zadowolony to będzie uśmiechnięty, miły i do rany przyłóż.” Chwilowo Smok zrozumiał. Ale… Zawsze jest jakieś ale… oczywiście Drożdż nie przygotował Jej w żaden sposób na tę nowinę od dwóch lat utwierdzając w przekonaniu, że „Tatuś kocha tylko ciebie.” Muł. No ale trudno. W ramach dobrych rad cioci Cleosi pozwoliłam sobie na wyszeptanie mu wprost do ucha „nie spieprz tego unikaniem rozmów o problemach. Nie żeby to była wyłącznie twoja wina, ale nie unikaj.” Nawet mnie nie ofuczał, tylko spojrzał, jakby rozumiał. Wątpię, ale niech mu się wiedzie możliwie jak najdłużej. Wracając do meritum… cieszę się… chyba. To nie jest typ faceta, który może być sam i dobrze się z tym czuje. Jemu jest potrzebne jak powietrze, to, żeby w kuchni stały dwa kubki, do których może nalać kawy, żeby był ktoś kto JEST, żeby miał poczucie, że kogoś ma obok w sensie uczuciowym, nawet nie  fizycznym. Póki co mówi, że absolutnie żadnej żony nr 3. 25 letnia Ala Łyżwiarka może na to patrzeć nieco inaczej. Ale to nie mój cyrk. Dwa lata temu mówił, że z nikim już nie będzie, a tu proszę co za siurpryza – w końcu tylko krowa nie zmienia poglądów. No, to cieszę się chyba, ale moja skorpionia natura wrednie odzywa się w najmniej spodziewanych momentach z diabelskim podszeptem, że „o niech mu to piętrolnie jak już zacznie sobie robić nadzieję.” Po czym znowu się cieszę chyba. W końcu to, że nam nie wyszło, nie mu poprzednio nie wyszło nie znaczy wcale, że jest skazany na wieczne niepowodzenia związkowe. No kurna w końcu może Ala Łyżwiarka jest tym cudem niewieścim, który da mu takie szczęście jakiego oczekuje od losu/życia/kobiety. Kto to wie? Może. Póki co  muszę ochłonąć po tej nowinie, bo w końcu miał zdychać w samotności pogrążony w rozpaczy po stracie takiego skarbu jak mła (ekhe), a tu proszę… Ze Smokiem będę rozmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać – ktoś w końcu musi, a bidulka nie powinna czuć się zagrożona. Byle tylko Ala Łyżwiarka była w porządku względem Smoka – wszystko zniese – ale jak będzie niefajna – wdepczę w glebę (chociaż nie mam pomysłu jeszcze na to jak). Powiedziałam kiedyś Drożdżowi, w czasie, kiedy się miałyśmy wyprowadzić, że mam nadzieję, że kobieta którą kiedyś sobie znajdzie, będzie mądra na tyle, by być mądrze nie tylko dla niego ale i dla Smoka. Zobaczymy. Teraz czekam na wielką prezentację Ali Łyżwiarki Smokowi i wrażenia tej drugiej. Od tego będzie zależało wiele.

Ale tak ogólnie cieszę się… chyba…

środa, 1 grudnia 2010

Zamarzły mi...

…wurwa wycieraczki w Wiśni. W związku spożywczym jechałam na przegląd BEZ zgarniania opadu z szyby. Szlag.

Odśnieżyłam BALKON – jakąś na oko mierząc półmetrową warstwę.  Zabytek mógłby tego nie unieść i piergolnąć sąsiadom na czaszki.

Chce mi się już zapachu choinki. Chyba sobie kupię odświeżacz powietrza o zapachu leśnym.

Po podliczeniu miesięcznych wydatków JUŻ nie mam wypłaty. Cudnie.

Skończyłam obraz, co to go sprzedałam. Przydałoby się sprzedać jeszcze jakiś. Nie chce ktoś kupić?

Mam ochotę urżnąć się grzańcem. Tak litrem się urżnąć. Nie mam grzańca. Nie mam wurwa nawet goździków.

Dupa.