licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

środa, 5 września 2012

niedziela, 2 września 2012

Wkurw dnia...

…
Kochający tatuś do jedynej córeczki, która nie potrafi zdecydować się, które lody ma ochotę zjeść i płacze z tego powodu.
- Ty to potrafisz spieprzyć najfajniejszy dzień.

Nie śmiejcie się...

…ZA BARDZO.
W kościele byłam ze Smokiem – w ramach roku komunijnego.
Ubaw taki, że chyba zacznę chodzić regularnie.
Właściciel jednej z najlepszych piekarni w mieście przybył w asyście wypindrzonej żony, sam okryty garniturem w biało-niebieskie paski, w białych sztiflach, bez skarpetek.
Przed moim nosem paradowała pani z dzieckiem w wieku chodzonym za rączkę dla równowagi, za to ze sporą nadwagą, okryta spódnicą w biało-czarne kwiaty, bluzką oczojebnie zieloną w pasy, w za małych butach z odkrytymi palcami, w rajtkach.
Nawą po lewej dreptała pani w kapeluszu z rondem wielkości Spodka w Katowicach, na szpileczkach z chłopcem w czarnym garniturze i butach sportowych Nike.
Kwiatków takich całe stada. Zastanawiałam się przez chwilę ilu spośród tych ludzi faktycznie chodzi z potrzeby wysłuchania Słowa Bożego, a ilu z potrzeby lasu i zadania szyku – czy raczej pseudoszyku, a ilu jeszcze, bo tak ich rodzice nauczyli i nie wiedzą, że istnieje coś innego, że inaczej być dobrym człowiekiem też można.
Ministranci podczas czytań składali literki i mylili się notorycznie.
Pan ksiądz również rąbnął się parę razy spektakularnie.
Kazania nie było, tylko list jakichś pasterzy. W którym to liście napisane było, jaka to religia w szkole ważna, jaka niedoceniana, a katecheci ciężki krzyż niosą. Tu mnie trafił lekki szlag, bo ja miałam religię przed komunią w kościele, katechetka była z powołania i bardzo WTEDY lubiłam te dzieciowe rozważania o Bogu. Tymczasem Smok ogłasza, że jej pani katechetka jest nudna, straszy ogniem piekielnym i w ogóle nie lubi dzieci, a do jednej dziewczynki pod koniec zeszłego roku wydała komunikat werbalny „cicho bądź wreszcie bachorze.” Dałabym normalnie w mordę i wcale nie jest wykluczone, że metaforycznie bardziej niż w przenośni dam jeszcze.

Wszystko powyższe nie zmiania faktu, że w przybytku bywać będziemy co tydzień, gdyż ponieważ należy Smoku wpoić, że jak się coś robi, do czegoś zobowiązuje, ma jakieś przekonania, to nie należy tego robić po łebkach. A Smok deklaruje, że Wierzy. Skoro tak, to do tej komunii pójdzie z przekonania, jak tylko zakuma o co chodzi. I umówmy się, że tego Jej nie wytłumaczy pan ksiądz, ani pożal się boże pani katechetka, tylko ja z pomocą MJ. Bo mnie czasem ciężko wyzbyć się ironicznego syku podszytego niewiarą, a MJ Wierzy też. Się staram, tak?
Przybytek z powodu mojej obecności pod słupem z tyłu po prawej nie pierdyknął w gruz, gromy z nieba nie waliły, znaczy damy radę i bozia i ja. Jakoś. Co nie zmienia faktu, że bardziej do mnie trafiało to, co mówił Ksiądz Tadeusz przy wieczornym piwie, po całodziennej naszej orce z niepełnosprawnymi dzieciakami, niż ten ociekający pozłotą i krochmalem alb cyrk. Szanse na nawrócenie naprawdę marne. Rzekłabym zerowe.
A Smok? Wyszła i powiedziała „dałam radę mamo, patrzyłam co robią inni i się uczyłam.” I pięknie, jeśli to Ją uszczęśliwi teraz. A potem wybierze sobie drogę jaką będzie chciała. Dobrze, że koło mnie nie stała, bo ja w tym cyrku udziału nie biorę i kolan nie zginam. Jestem tam dla Niej i to musi wystarczyć.

środa, 29 sierpnia 2012

Dialog dnia...

…

PP: Bo w sumie nie wiem jak to ugryźć.
C: Ja też nie, ale jakoś fachowo chyba.
PP: …
C: …
PP: ….
C: Se zwizualizowałam. Idź już.
PP: Se zwizualizowałem twoją wizualizację. Srogo. Właśnie poczułem nieustającą chęć podróży.

I poszedł:)

wtorek, 28 sierpnia 2012

piątek, 24 sierpnia 2012

Obiecałam...

…, że będzie bez inicjałów. Jakbyśmy doprawdy wstydziły się naszych złotych myśli.
No to lecim…

X:  Bo mnie paznokcie żółkną od nadmiaru marchewki – ale tylko u dużych paluchów.

X: Ja miałam przywieźć wino, ale wzięłam tylko te dwie flaszki. No nie wiem co mi jebło.

X: Jakbym miała bogatego męża, to bym go zatłukła.
Y: A ja bym najpierw za niego wyszła.

X: Ideałem męża jest korespondent wojenny. Tylko, że oni mało zarabiają.
Z: Ale dzieci dostaną rentę…
X: I co z dzieckiem się męczyć?!

Y: Obwieś, łapserdak, oberwaniec to są wszystko słowa cenzuralne.

Z: Bo to była bardziej przenośnia niż metafora.

Q: Śniadania mi nie dałaś!!!
Y: No właśnie, co jadłaś na śniadania?
Q: No właśnie nic, bo mi nie dałaś, więc co za różnica?

Y: Wiesz jakie mam przezwisko z Customer Service? Królowa. „O kurwa, Królowa idzie!”

X: Mówiłaś o moich kiełbaskach, że są sflaczałe.
Z: Ja? W życiu. Ja bym się nie ośmielila powiedzieć nic innego, poza tym, że zmalały.

Z: Możecie mnie od mniejszości narodowych nie bluzgać?
Y: Ja cię nie wyzywam od mniejszości, tylko od podgatunku.
Z: Te, bo ja brelatych nie biję, ale mogę dla ciebie zrobić wyjątek.
Y: Wyobraź sobie brelaty Murzyn – to taki podgatunek.

X: Ja myślę, że dzieci się w ten sposób tworzy, że się dowcipnie aplikuje je.

Z: Musimy ją nauczyć palić i możemy ją posłać do domu starców na Ciovo.
Y: Z tego co ja wiem, to ona umie palić.
Z: Gumy chyba.
X: Z gumami to ja umiem i inne rzeczy robić.

X: Czy ja sobie tu mogę zrobić manicure?
Y: Taaa.
Z: I pedicure, i Who pedicure, i wyciskanie pryszczy na pięcie.
Y: Jeśli chodzi o wyciekanie piersi…

Y: Ty, czemu ty pijesz moje wino??!!
Z: Bo moje się skończyło.

Y: Czy jak ja się kąpię w morzu, to potem jestem słona w środku?
X: Ja cię poliżę w środku jak będzie okazja.

X: Bo miłość jest zawsze po grób.
Z: No raczej jego, bo nie mój.

Y: Jak owsik tak…
X: No nie wiem jak owsik robi na dywanie.
Y: No ja też nie, ale jest biały i robi ooooo taaak.

X: Ja nie wiem jak ta ludzkość przetrwała.
Z: Dupią się na prawo i lewo i się rozmnażają chyba.

Y: (do dzieci) Macie prawo do jednego noża i musicie się nim podzielić.

Z: Życie z X nie może być proste.

Y: Jakem trzeźwa Y obiecuję ci tu, że będę ją narajać każdemu Egeszmege.

X: Słucham oczami, smakuję węchem i nie słyszałam umycia wody.

Y: Jeszcze nikt nie umarł od tego, że się pobawił zdechłym arbuzem.

Y: Ja właściwie mówiąc, że nie mam Ravela, chciałam powiedzieć, że nie mam Gerschwina.

Q: Szła sobie kaczka przez wieś, znaczy gęś – też na G.

Z: Bo stoi i patrzy na to zwierzę, jak maciora na prosięta.

Y: Trochę się mylicie, bo on ma tu suche, a tu jest mokre i patrzcie jak leci.
Z: No faceci tak mają.

Kurtyna:)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wróciłam...

…ale mi się nie chce.

Jak tylko odbiorę Smoka z kina, ogarnę Kuzynkę Bruxelkę i Lisiczkę, zrobię szarfy (żabie ucho i motyla noga), to się przewrócę.

Uprzednio dodam jeszcze, że:
a) świat jest zasadniczo mały i inwigilacja następuje w najmniej spodziewanych momentach i z najmniej oczekiwanych stron,
b) jak mi MJ pokazała dzisiajsze zakupy, to usiadłam na podłodze i rżałam kwadrans – to ustrojstwo SIĘ ŚWIECI!!!

Mam do dodania całą listę złotych myśli juchowych, na której w tym roku debiutuje Kudłata, ale wierzajcie mi ni cóż*  mi się nie chce.

* – zamiennik stosowany na określenie pewnej niezwykle przydatnej części ciała męskiego. (Gdyż jak wiemy, nadal nie przeklinam)