licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

sobota, 9 lutego 2008

Cóż zrobię, ach cóż...

…żeby pozbyć się tego tornada, które we mnie siedzi?
Proponuję jak zwykle konwencjonalne metody.
Wczoraj:
- godzina radosnego uprawiania aeroboxingu do „Kanikuł” na okrętkę i wciąż, aż Smok nauczył się tekstu po rusku,
- dwie godziny piany jeżynowej i wrzątku w wannie,
- „Na Złotej Górze” czytane na zmianę z konwersacją z Wilczkiem,
- 10, słownie: dziesięć godzin snu.

Dzisiaj:
- dwie godziny basenu ze Smokiem,
- masaż rozluźniający obręcz barkową ot tak se, jakby nie było w ogóle napięta do granic możliwości,
- końplement wszechczasów „Masz niesamowicie miękkie palce” – no mam i co?
- perspektywa wieczoru i nocy.

Taka kompilacja sprawia, że tornado zefirkuje i nawet nie muszę się specjalnie wysilać, żeby się uśmiechać do narodu. Z drobnym wyjątkiem….

piątek, 8 lutego 2008

Nie mnie oceniać...

…jaką jestem matką… Smok jest za mały żeby się wypowiedzieć, może ci, którzy ją znają… Mały John twierdzi, że jest ze mnie dumna… Ja mniej trochę, kiedy czasem zdarza mi się stracić cierpliwość i jednak podnieść głos. Ale staram się… jeśli w ogóle posiadam jakąś mądrość życiową, to całą pakuję w Smoka. Żeby wiedziała co jest dobre, a co złe, że ma wybór i poniesie jego konsekwencje, żeby wiedziała, że jest Kimś i ma to sobie cenić już teraz, żeby umiała odróżnić blichtr od tego co naprawdę ważne, żeby szanowała ludzi i była na nich otwarta, żeby nigdy pierwsza i nigdy bez powodu nie robiła komuś krzywdy. Nawet Stasiowi, który Ją bije. Żeby wiedziała, że pieniądze nie biorą się z nieba tylko trzeba na nie zapracować i że jeśli chce kolejny balonik, to musi mieć na niego pieniążki w skarbonce. Żeby znała swoje obowiązki. Żeby wiedziała, żeby miała pewność, że zawsze w każdej sytuacji może na mnie polegać niezależnie od tego czy chodzi o namalowanie serduszek na skarbonce, ściągnięcie Jej z wysokiego murku czy wytłumaczenie gdzie są teraz dinozaury. Że jak mama coś obieca to słowa dotrzyma i że zawsze trzeba tego słowa dotrzymywać. Że słowo, parol, honor czy jak to zwał, jest najważniejsze. Że tylko szanując siebie można naprawdę szanować innych. Że dla Przyjaciół się JEST a nie SIĘ ICH MA. Że trzeba umieć okazywać uczucia, i rozmawiać, i milczeć razem, i słuchać kiedy ktoś mówi. Że się nie przerywa w rozmowie i że każdy temat jest dobry jeśli chce o czymś porozmawiać. Staram się jak mogę, żeby wiedziała, że zawsze znajdę dla Niej czas na huśtawki, malowanie klowna, wycinanki czy przytulanie po prostu. Tłumaczę Jej jak zrobi coś głupiego, że przecież jest mądra wieć niech najpierw myśli a potem robi, najpierw myśli a potem mówi, bo słowem można skrzywdzić bardziej niż ciosem w splot słoneczny. Staram się. Naprawdę. I widzę, że Ona jest dobra, po prostu… Wypowiadane w najmniej spodziewanych momentach „kocham cię mamo” niezmiennie sprawia, że mięknie mi w środku takie coś, co myślałam, że jest twarde. Na pytanie „czemu mi to mówisz teraz Smoku?” słyszę „Bo cię kocham mamo, to mowię.” Taka jest… kiedy płacze przychodzi się poprzytulać, kiedy jest zła tłumaczy mi dlaczego, kiedy ma focha odczekuje tyle ile potrzeba, żeby sie uspokoić a potem sama przychodzi, żeby pogadać o co chodziło. Staram się. Wyryć w niej te wartości, które uważam za słuszne i prawdziwe, taki mam cel. Być może mam niekonwencjonalne metody, które dziwią Małego Johna, ale są skuteczne. Być może – na pewno – popełniam błędy, obie uczymy się docierania do siebie w najlepszy i najprostszy sposób. Ale się staram i jestem z tym sama… Sama, bo nikt inny Jej nie tłumaczy, nie uczy, nie pokazuje. Wychodząc wczoraj na spacer z psem usłyszałam „Nie lubię zostawać w domu bez ciebie mamo”, powiedziane zdecydowanie zbyt poważnie jak na 3,5 latkę. A przecież nie zostawała sama, a jednak SAMA.
Nie mnie oceniać, jak mi to wychowywanie Smoka wychodzi… zdecydowanie. Ale nie pozwolę, żeby ktokolwiek w tym, G. kładł Jej do głowy brednie i wykorzystywał Ją w rozgrywkach między nami. Póki wojna dotyka tylko mnie, to jakby nie dotykała wcale. Ale kiedy widzę taką manipulację, takie bezmyślne rysowanie po tym diamenciku jakim jest smoczy umysł, to mnie trafia. I całe szczęście, że mam parę godzin na uspokojenie się, bo w przeciwnym wypadku przeszłabym po nim jak tornado wyrywając z wnętrza każdą pojedynczą komóreczkę po to, żeby się nią zabawić i pomalutku zgnieść w palcach, tak żeby został proszek. I dokładnie tyle z niego zostanie, kiedy już z nim skończę – żałosna kupka nic niewartego pyłu…

czwartek, 7 lutego 2008

No to się wczoraj...

…dowiedziałam, że jak z Nim jadę, to jestem bezpieczniejsza. Dzisiaj Derektor Grzywka był łaskaw problem wyłuszczyć.

Derektor Grzywka: No bo patrz, jak ze mną jedzieszm to ja ci mówię, że prawa wolna, albo tu hamuj, albo że uwaga czerwone, nie? A do tego jakby wiesz, jakiś zboczeniec jechał za tobą i patrzy fajna laska, to zawraca i cię śledzi. A tak? Patrzy, a tu taki byku siedzi po prawicy, to se da spokój, pojedzie dalej a ty jesteś bezpieczna. No sama powiedz czy tak nie jest?

No, ba. Oczywiście, że jak najbardziej. Tylko dlaczego, ja się pytam dlaczego, podróżując z Derektorem Grzywką mam ograniczoną widoczność przez łzy… ze śmiechu?:)))

I otóż dzisiaj proszę Państwa mam tak:

„Oh! Wanna dance with somebody

I wanna feel the heat with somebody

Yeah! Wanna dance with somebody

With somebody who loves me”

środa, 6 lutego 2008

Dzień sponsoruje...

…kolor BLUE. Przywdziałam niebieskie WSZYSTKO i gnam. W sensie, że szybciej, lepiej, boskiej i jak tam jeszcze się komu chce. Cherry Devilek szybciej jedzie, woda w czajniku się szybciej gotuje, krok się robi bardziej sprężysty, w głowie za stukotem szpilek
niesie się „dwa-trzy-cha-cha-cha”. Idę korytarzem i się w duchu
modlę, żeby mnie ktoś nie przyuważył, bo mi się chce piwoty wywijać i… tak
sobie wywijam troszkę-odrobinkę-ociupinkę. No dobra, w gruncie rzeczy mam
gdzieś czy ktoś zobaczy te pląsania:) Z głośnika „Marika” – unosi
się, pomyka:) Samo się tańczy, no – co ja poradzę. Dobrze, że derektorksie
biuro skazuje na siedzenie w odosobnieniu, bo nie wiem czy ktoś byłby w stanie
znieść ten power przez 8 godzin – z tańcowaniem na krześle włącznie:))) Już
nawet to, że zdecydowanie potrzeba mi na męża właściciela fabryki pończoch mnie
nie rusza. Drę w tempie zastraszającym, a Gatta się cieszy. Bardzo jak sądzę:)
Czyż jednak moje samopoczucie i najboskiejsze kończyny nie są tego warte? Są. A
jakże:)))

APDEJT:
Gdybym potrzebowała poprawiacza humoru to konwersacja z Whoever nadaje się jak znalazł.

Who: Dzwonię, żeby ci powiedzieć jaką jestem kretynką.
Cleos: To wiem i bez twojego dzwonienia.
W: No ale posłuchaj… bla bla bla … no debilka czyż nie?
C: Usiłuję ci to od paru lat uświadomić. Ale ze mnie też idiotka nie lepsza, posłuchaj… bla bla bla… no i?
W: No myśmy się chyba w korcu maku znalazły.
C: Zaiste.
W: No dobra, to ja sobie teraz te moje debilizmy przemyślę, ale nie obiecuję, że dojdę do jakichś konstruktywnych wniosków.
C: Nawet jak nie dojdziesz jak na idiotkę przystało, to jak zadzwonisz za parę dni z nowiną, że jesteś nienormalna to ja ci te wnioski przedstawię.
W: Ok. Ale kretynką jestem nie?
C: No jesteś.
W: To kocham cię. Pa.
C: Ja ciebie też. Pa.

Jesteśmy urocze.

A na wieczór bita śmietana. Mniam. Doskonały pomysł…

wtorek, 5 lutego 2008

Są rzeczy...

…o których się głośno nie mówi. Tylko myśli… bardzo bardzo się myśli. Uspokaja muzyka, albo wewnętrzna siła, albo literki odbierane w okienku komunikatora, albo już nie wiem co, ale ważne, że da się opanować jakieśtam drżenie, gdzieś wewnątrz, w takich pokładach mnie, które są uśpione zupełnie i budzą się tylko czasem… „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – owszem, niech tak zostanie…

„Mogę cię unieść dalej niż okręt – rzekła żmija i owinęła się
wokół kostki Małego Księcia na podobieństwo złotej bransolety. – Tego,
kogo dotknę, odsyłam tam, skąd przybył – dodała. Lecz ty jesteś
niewinny i przybywasz z gwiazdy…

(…)Co znaczy „oswoić”?

- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”. (…)
Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię… oswój mnie – powiedział.
- Bardzo chętnie – odpowiedział Mały Książę – lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.

- Poznaje się tylko to, co się oswoi – powiedział lis. – Ludzie
mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać.

- A jak się to robi? – spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej
odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem
oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz
każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej…
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
- Ludzie zapomnieli o tej prawdzie – rzekł lis. – Lecz tobie nie
wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co
oswoiłeś. „

Mój spokój bierze się z oswojenia…

poniedziałek, 4 lutego 2008

Niniejszym w gronie...

..Szanownych Czytaczy Co Nie Mają Nic Lepszego Do Roboty witam Wilczka:) samotnego na pustyni dodam dla ułatwienia. No naród zdecydowanie nie ma co robić, tylko czytać cleosiowe pierdoły, a projekt (co to ja w ogóle nie rozumiem o czym się do mnie rozmawia) leży odłogiem i woła „zrób mnie, zrób”. Biedactwo, projekt nie Wilczek.

No, to mi teraz nie przynieśta wstydu i zachowujta się grzecznie chociaż przez jeden dzień. BEZ przegadywania proszę, i bez utarczek słownych i chociaż udawajcie, że się kochacie przez wzgląd na pałanie miłością do mła. Bo wiecie spłoszony Wilczek może kąsać:)

sobota, 2 lutego 2008

Magiczne...

…150 minut. Mniej więcej. Dziękuję:*

Potem 10 minut jazdy Cherry Devilkiem i pierdut wracmy na ziemię.Godzina 00:nie pamiętam ile, pusta ulica, zero ludzi, zero samochodów, pan panią szarpie na chodniku, pani wyciąga ręce w stronę mła jadącej wolniutko, bo przede mną tory tramwajowe i się trza zatrzymać (no dobra nigdy się nie zatrzymuję tylko zwalniam, ale intencje mam dobre). I co robi Cleos na widok kobiety lanej przez faceta na środku pustej ulicy? Zatrzymuje się, kretynka koncertowa, obrończyni uciśnionych kura mać i w mordę jeża. I wysiada, przezornie zostawiając włączony silnik. Dialog blondynki z oprychem był dosyć niecenzuralny.

Blondynka Kretynka zwana potocznie Cleos: Puścisz ją sam, czy ci pomóc?
Oprych: Wypierdalaj!
BKzpC (podchodząc beztrosko bliżej – czy ja już mówiłam, że jestem kretynką?): Jak ci kurwa wypierdolę to zdechniesz pod drzewem skurwysynu. Puść ją!
(Oprych puścił)
Oprych: Wypierdalaj mówię!
BKzpC (do Dziewczyny): Wsiadaj do auta.
(Dziewczyna stoi jak słup)
BkzpC: Wsiadaj kurwa bo nie mam czasu na delikatności.
(Dziewczyna wsiada)
Oprych (do Dziewczyny, podchodząc do auta): I tak kurwa jutro do ciebie przyjdę.
BKzpC (podchodząc beztrosko jeszcze bliżej): Zejdź mi z drogi.
Oprych: Wypierdalaj kurwo.
BKzpC (gotując się w środku ze stoickim spokojem na twarzy): Zejdź mi z drogi śmieciu, bardzo ładnie proszę.
(Oprych się odsuwa)
BKzpC (wsiadając do auta i ruszając zwraca się do Dziewczyny): Gdzie cię zawieźć?
(Dziewczyna podaje adres, na szczęście blisko – jedziemy)
Dziewczyna: On… ja…
BKzpC: Daruj sobie tłumaczenia i tak do niego wrócisz, ale będziesz miała przynajmniej jedną spokojną noc.
Dziewczyna: Dziękuję.
BKzpC: Nie ma za co.

Płakała, kiedy wysiadała. Podjechałam pod dom, zaparkowałam uroczo koło hasioka i dopiero w tej chwili własny kretynizm mnie powalił. Zdecydowanie mam więcej szczęścia niż rozumu. I to cud chyba, że Oprych dał się po prostu najnormalniej w świecie zaskoczyć i nie zdążył ochłonąć. Przez resztę nocy pewnie się będzie zastanawiał jakim cudem kurduplasta paniusia pokrzyżowała mu plany treningowe.
Mówcie co chcecie, sama wiem, że to było głupie, ryzykowne i skrajnie debilne, ale NIE MOGŁAM SIĘ NIE ZATRZYMAĆ.