….Michael Buble. Na obiad pizza. Wyczesany kot łazi za mną jak pies. Jakbym chciała psa, kupiłabym sobie – do Setha ta prawda nie dociera. Na psa zbieram kasiurę. Datki mile widziane, propozycję imienia dla czarnej krowy również. Zbieram. Powieszę listę na lodówce jak Dziobak. Bo nie wiem czy wiecie, ale Dziobak będzie miał Norbergę, czy Norbetę, nie pamiętam dokładnie, bo mnie ogłuszyło i wypieram z pamięci:) Cleosanthia brzmiałoby zdecydowanie ładniej.
Idę rozgrzewać piekarnik. Mnią.
APDEJT:
Rano wypiłam inauguracyjną kawę na balkonie. Ależ po co, ależ na co?! Dawno wurwa nie padało, czyż nie? Najlepsza droga do depresji – deszcz w Narni do nadal.
A pizza z camembertem – pycha.
APDEJT KOLEJNY:
Ciągle pada. Korzyść z tego taka, że piorę kwiatki. Wystawiłam na balkon, zawsze to bliżej nić pod prysznic. Nie zdechły od pyłu remontowego to im i ołowiany deszcz nie powinien zaszkodzić. A jeśli, to cóż – bywa.
Na kolację – pizza:) inna tą razą. A potem Taniec z Glizdami i czerwone paznokcie.
A potem jak dam jeszcze radę to Saga. Nie herbata – chociaż wsysam melisę na zmianę z malinową. Tak mi się coś kołacze od jakiegoś czasu. Zainteresowanych informuję, że tak faszeruję sie też prochem. Może wybuchnę w końcu i będzie spokój i jeden odpad biologiczny mniej. I nie, o nie, nie mam tu na myśli siebie.

