licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

poniedziałek, 14 czerwca 2004

"Tosca"...

… w plenerze, wokół zabytkowe kamienice, cudowna muzyka, łza w oku, tenor kurdupel. Mrrrrrrrr…:)))

Pół nieprzespanej nocy, a potem… ech szkoda gadać…:(((

Żadnych dolegliwości ciążowych – brzuch, tyłek, uda bez rozstępów (w 32 tygoniu), nieoklapnięty choć megagigantyczny biust, niebolący kręgosłóp, brak problemów z wygodnym zasypianiem, zero zaparć, spuchniętych nóg, rąk, możliwości gimnastyczne spore, klękanie, kucanie, robienie pedicure bez problemów. Biegam na obcasach, robię wszystko tylko odrobinę wolniej – czuję się doskonale…

…więc czemu mi tak obrzydliwie źle???

sobota, 12 czerwca 2004

Cztery...

…godziny w lesie z Boże Ciało zaowocowały: przeczytaną książką, wyprzytulaniem za wszystkie czasy, obślinionym psem znoszącym 150 badyli, słuchaniem śpiewu ptaków, nieoglądaniem ludzi, bukietami z lwich paszczy we wszystkich wazonach w domu, trochę bolącym kręgosłupem, lekką opalenizną.
Znaleźliśmy fantastycznie miejsce – polankę z dala od ludzi, gdzie miękka trawa, kwiaty, słońce przebijające przez drzewa, miejsce na koc i leżak, cisza i dzicz. Pięknie było – prawdziwie wypoczęłam:)))

Dwie i pół godziny wczoraj w sklepie dla dzieci i mamy kupione WSZYSTKO co Wiki może być potrzebne. Od wózka po grzechotkę, którą Grzech wybierał chyyba kwadrans. Wózek, fotelik, pościele, ręczniki, ciuchy, laktator, butelki, smoczki, kocyki, termometry – no jednym słowem wsio. Teraz do kupienia zostały jeszcze tylko rzeczy drogeryjno-higieniczne i w zasadzie córcia może się rodzić. Pasożytek mały, kopacz przebrzydły, niszczycielka matczynej wątroby i innych wnętrzności:)))
Od Ciotki Oli dostałam prikaz: „I żeby Cleos nie ważyła się rodzić przed 38 tygodniem ciąży!!! Bo jej nie wolno!!!” Tak jest Ciociu-Kapo, na baczność z wypiętym brzucholem melduję, że nie zamierzam:)))
Wycieczka ze szkoły rodzenia na porodówkę, oddział położnictwa i niemowlaków dał mi wiedzę niezbędną… nowoczesne szwedzkie łóżka porodowe są niewygodne jak stado byków – leżałam na takim to wiem o mówię – brrrrrrr, wolę rodzić na starym oddziale. Poza tym jak zobaczyłam, że dwa łóżka porodowe stoją obok siebie w jednej sali, to ja dziękuję bardzo. Nie będę rodziła z jakąś obcą babą i jej facetem za parawanem. Wolę rodzić na starym oddziale, gdzie będą koło nas skakać i starać się 1000 razy bardziej – po znajomośc of course i bo Ciotka Ola-Kapo czuwa. W życiu nie załatwiałam niczego po znajomości i nigdy bym tego nie zrobiła, bo nie lubię nepotyzmu i popierania swoich. Ale ten jeden jedyny raz cieszę się, że jestem uprzywilejowana. Od początku ciąży nie płacę za prywatne wizyty i ginekologa, ani za USG, ani za badania krwi, ani za zastrzyki, wchodzę wszędzie bez kolejki (jak ostatnio na EKG) – kichać te pieniądze, ale oszczędzam czas. I wiem, że kiedy to będzie JUŻ, to żadna położna nie warknie na mnie, lekarz będzie pod ręką, ciotka Ola-Kapo też, osobny pokój, lepsze warunki, ludzkie podejście. Dzięki wam bogowie za ciotkę – postrach całego bloku nr 3:)))

A teraz posprzątam co do mnie należy i spadam się uczyć. Durne to prasoznawstwo jak wół, ale trudno. Dwa examy już zdałam, jeden z kultury języki na 5, drugi z erystyki, ortofonii i negocjacji na 4,5. Napisałam pracę na trzeci exam z teorii form dziennikarskich – mam nadzieję, że mój felieton w ogóle przypomina ten gatunek dziennikarski:))) Został tylko dr Sepleniący… koszmar. Wczoraj ślęczałam 5 godzin i nic z tego nie pamiętam.

Duży za tydzień wraca do domu. Chodzi, sam się myje, sam je, sam czyta. Trochę marudzi, ale to nic nowego. Wygląda trochę jak Frankenstein z bliznami po bokach głowy (od tego imadła, co Mu ciężki łeb podtrzymywało w czasie operacji) i z tyłu przez cały kark. Do tego chodzi sztywno jakby kij połknął co potęguje efekt robocopowania:))) Ale wraca do formy i to najważniejsze.

Mały John szyje zasłowny w owieczki dla Wiki. Układa, spina, rozkłada, fastryguje – odwaliło Jej zupełnie. Kochana:)))

Tak właśnie sobie pomyślałam z rozrzewnieniem – jestem szczęśliwa:)))

czwartek, 3 czerwca 2004

No to...

…zaczęło się.
Pierwszy dzień L-4 – wczorajszy – spędziłam w pracy i szkole rodzenia. W pracy zwyczajnie – zrobiłam co moje i wyszłam wcześniej. W szkole rodzenia oglądaliśmy filmy o kąpaniu, pielęgnacji noworodka. Strasznie tam mają niewygodne krzesła:)
Drugi dzień L-4 – dzisiejszy – jeszcze się nie skończył. Rozmroziłam i umyłam lodówkę (fuj), pies zaliczył dłuuuuuugi spacer z obszczekaniem karuzeli włącznie, odnawiam właśnie nasz zabytkowy młynek do kawy. Musiałam mu dorobić szufladkę, bo Duży gdzieś zapodział w piwnicy:) Po południu jeszcze zakupy wizyta u Małego Johna i wsio.
Jutro i pojutrze jadę na uczelnię, więc nudzić się nie będę. A jeden znajomy policjant obiecał mi puzzle 3000 elementów:))) Uwielbiam układać i kocham naszą policję.
W niedzielę „Harry Potter” w kinie.

Pierwszy tydzień L-4 z głowy. Potem będę się uczyć uczyć i uczyć bo examy mnie czekają. No i Miriam się zapowiedziała, i Anka i Moniś. Żyć nie umierać. Może nie będzie tak źle??? A w wolnych chwilach nadmiaru czasu będę latała po sklepach i obkupowała Wiki w różne cuda:)))

środa, 2 czerwca 2004

Jasny gwint...

…i ciemne kołki rozporowe!!! Wąchanie farby w pracy zaowocowało trzytygodniowym L-4. Chyba zdechnę od tego siedzenia w domu. Plan? Dłuuuuuugie spacery z Traktorem, wycieczki do sklepów i robienie zakupów Wikowych, a potem tachanie tego wszystkiego do domu. Wózek spakowany sobie na plecach przyniosę. Pościel, ciuchy, apteka, drogeria, co tam jeszcze chcecie. Na cmentarz pójdę do Babci. Do Dużego pojadę – przenieśli Go na rehabilitację na 3 tygodnie na razie. Na gości poczekam – MiriamB, może Iwa wpadnie, Anka z uczelni, ktoś jeszcze chętny? Chata wolna czeka! Będę czytała książki, do kina pójdę, na widelcu może coś obejrzę ciekawego, list będę pisała i pamiętnik, okna dwa umyję w sypialni, wykończę sąsiada psychola.
Nienawidzę siedzieć bezczynnie w domu – to się chyba pracoholizm nazywa. Nie nadaję się do tego, żeby na L-4 sprzątać i przestawiać wazoniki, nie jestem domatorką, nie lubię długiego przebywania w jednym miejscu nawet jeśli to własna chałupa jest. Byłam wczoraj wściekła cały wieczór i pół nocy i jeszcze mi wściekłości na rano zostało. GRRRRRRRR-WRRRRRR-YGHHHHHHGYHHHHH

poniedziałek, 31 maja 2004

Początek...

…tygodnia kura jego mać:
1. dostałam wezwanie do zapłaty od MJ – za nakłady na remont,
2. MJ zapowiedział, że jeśli do 14 dni nie zapłacę składa sprawę do sądu cywilnego,
3. w związku z powyższym składam na II Komisariacie zawiadomienie o przestępstwie – w przedmiocie zniszczenia mieszkania,
4. w wyniku tego czeka mnie też sprawa karna,
5. remont w pracy trwa – śmierdzi farbą i lakierami,
6. sąsiad psychopata miotał się cały wieczór wczoraj interwencja policji i pogotowia pomogła na godzinę,
7. ten sam sąsiad wariował też już dziś rano,
8. krew mnie zaraz zaleje dziewicza!!!

That’s all i wuj i niech ten tydzień już się skończy, bo nic dobrego mnie chyba nie czeka…:(((

sobota, 29 maja 2004

Victory...

…znaczy zwycięstwo na całej linii – będziemy mieli CÓRECZKĘ – od dziś nie ma już Misiątka, jest za to Vikta. Żeby nie było, że mi już całkowicie odbiło i będę dziecko chrzciła przez „V” – wyjaśniam: Vikta to pseudonim artystyczny Misiątka-Kabaczka-Bandyty…tfu Bandytki znaczy:))) No to idziemy z Grzechem i Viktą na spóźnione urodzinowe party do Red Bulla i Marchwiaka:))) Miłego dzionka od siwego scorpionka …

aaaa… i Iwa – powodzenia:)))

czwartek, 27 maja 2004

Uśmiechnięty...

…miś w łódce zdobi ścianę:))) Na tym zakończymy malowanki, bo chociaż zostało jeszcze trochę miejsca na ścianach – nie lubię przesady. Sufit i nocne niebo muszą poczekać aż Misiątko się wykluje, bo teraz jakoś nie bardzo widzę się na drabinie pod sufitem malującą księżyc w szlafmycy:)
Mały John szyje zasłony w śpiące owieczki. Dostała świra biedaczka na punkcie Misiątka i ciągle tylko „mój wnuk/wnuczka bla bla bla”. Teściuniuniunie nie wykazują entuzjazmu – żadnego. Pytają jak się czuję i wot wsio. I bardzo dobrze, bo nie zniosłabym rad-porad i trucia jak to będzie…
Znajomi umiarkowanie – tyle jest innych tematów do obgadania, że też przeważnie kończy się na pytaniu o samopoczucie. I całe szczęście, bo nareszcie czuję się jak normalny człowiek ze złożonym życiem a nie inkubator z wyłącznie jedną funkcją – urodzić… Może ja jakaś dziwna jestem, ale całe życie i wszystkie rozmowy nie muszą się kręcić wokół mojego pępka, brzucha czy czego tam jeszcze.
Valmont urodziła córeczkę – GRATULACJE Słoneczko. Trzymajcie się obie zdrowo. I cmoki dla Andy’ego:)))
Dla wszystkich zainteresowanych. Na własne oczy widziałam pismo komisji lekarskiej, która stwierdzała, że pobieranie i wykorzystywanie komórek krwi pępowinowej jest niezgodne z ustawą o transplantologii. Znaczy pobierać sobie można, ale ewentualne wykorzystanie tych komórek jest już niezgodne z polskim prawem. Tak mamy kura mać dostosowane przepisy. Żaden bank komórek w Polsce nie ma zgody na wykorzystanie komórek, ba, nawet o taką zgodę nie wystąpił. Grzech sprawdza temat – samą ustawę i źródło tej informacji, czyli tych lekarzy. Cała sprawa wyszła głownie dlatego, że ktoś tam-gdzieś tam pobrał, potem usłyszał o ustawie i złożył do prokuratury doniesienie o przestępstwie, że banki działają bezprawnie. Sprawa jest poważna, bo po pierwsze primo to kupa kasy, a po drugie primo to ogranicza możliwości ewentualnego ratowania dzieci. Szlag by trafił tych na górze i niech ich gęś kopnie. Wieści po Rodzinie rozesłane, wszyscy zaciążeni już wiedzą – zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. My na razie czekamy, chociaż w tym tygodniu miałam dzwonić do W-wy po umowę z PBKM.

Tydzień mam ciężki i ogólnie zapchany planami do granic możliwości. Czy ktoś mi może wydłużyć dobę??? O jakiś 4-5 godzin poproszę… to chyba niewielkie wymagania:))) Ubezpieczenie mieszkania załatwione, przegląd samochodu, ubezpieczenie samochodu, naprawa okularów, zakupy dziś wieczorem, Dzień Matki odbębniony, w niedzielę do Dużego, w piątek i sobotę na uczelnię, w sobotę na USG, potem do Red Bulla na spóźnione urodziny, Faraon z Łobuzem nie przyjechały w końcu, list muszę skończyć pisać, bo już to za długo trwa. Uffff, a potem padnę na twarz jak sznitka na asfalt i tyle z tego będzie.
A propos twarzy WSZYSCY mi mówią, że ciąża mi służy, że mi się cera poprawiła, że nie przyyłam dużo, że wyglądam ekhe… promieniejąco. Albo to wszystko fałszywe dziady są, albo faktycznie taka się zrobiłam jeszcze bardziej najboskiejsza:))) Faktem jest jedynie to, że takiego powera mam, że mogłabym góry przestawiać i morza przecedzać przez babcine durszlaki. Siły mnie nie opuszczają i nawet jak zasypiam to myślę i plany układam, co zrobię jak tylko wstanę. I tylko ten cholerny ból z stawach biodrowych, w kościach krzyżowych czy jak zwał wieczorem ruszać się nie pozwala. Ale poduszka elektryczna czyni cuda:)))
Dobra Słonka, lecę jakieś śniadanie ukulać, bo ja dziś do pracy na 13-tą do 19-tej. Ni z gruchy ni z pietruchy i wcale mi to nie pasuje, ale takie życie…
Cmoki jak smoki

PS.
Dziobak, eXXXtreme – dzięki za życzenia na Dzień Matki:)))