licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

środa, 9 stycznia 2008

W takim nastroju...

…jak dzisiejszy nadaję się wyłącznie do założenia kagańca i przywiązania do drzewa w lesie. Z daleka od ludzi, żeby niekomu nie zrobić krzywdy i żebym mogła uspokoić własne myśli, o hormonach nie wspomnę. Do tego konwersacja poranna z Kobietą Grabarzem kręciła się przez ponad godzinę wokół szyjki macicy za przeproszeniem, co prawda w ginekologicznym jej znaczeniu, ale jednak. I JAK ja się pytam, JAK mam myśleć o pracy? Samiec pilnie potrzebny:) Natychmiast! Do wielokrotnego wykorzystania:)

NIECH MI KTOŚ DA W ŁEB na opamiętanie!!!

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Przychodzi Smok...

…z zatroskaną miną.

Smok: Mamo, a jak Stasiu będzie mnie bił
znowu?

Cleos: Pokazywałam ci przecież co masz
zrobić jak cię znowu uderzy. (no dobra wiem, że to nie specjalnie wychowawcze,
ale żaden samczyk kurduplasty nie będzie mojego Smoka tłukł)

S: Ale będę siedziała za kalę przy stoliku.

C: To ja mam inny pomysł. Jak cię będzie
chciał uderzyć, to go złap za rękę o tak, i powiedz, że tak nie wolno, bo cię
to boli.

S: Ja mam lepszy pomysł mamo. Powiem mu „nie
dlaźnij  lwa, bo lew to ja!”

 

No w sumie…:) faktycznie lwica z Niej jest.

 

Sirenqua ma rację, coraz trudniej pisać
półsłówkami, coraz trudniej te półsłówka znaleźć, nawet jeśli się jest wybitnym
humanistą i książki się pisze. Pisałabym tam, gdzie „Dear Diary,…”, ale nie
mogę. Mimo wszystko w sieci bezpieczniej. Podłe plany knują się same.
Kilkanaście minut rozmowy z Who na gadu sprawia, że wstępują we mnie nadludzkie
siły. Może to poczucie solidarności? Może co innego, nie wiem. Nieistotne.
Ważne, że plan się krystalizuje, wytyczają go już nie tylko pomysły, ale
konkretny termin. Wychodzi na to, że zrobimy to razem Who i dobrze, bo w grupie
raźniej, i dobrze bo pora najwyższa żeby pierdyknąć pięścią w stół, i dobrze,
bo niepewność, niezdecydowanie, gdybanie przyprawia o koszmarny ból głowy i niszczy
każdy dzień, wkładając w kolejne minuty codzienności cień nie do rozświetlenia.
Dawno niczego tak nie było mi potrzeba jak teraz tego słońca, które pamiętam
jak przez mgłę. Niech wraca i już zostanie, bo mi zimno i ciemno i smutno.
Potrzebuję powietrza, przestrzeni, życia – niedużo, tyle żeby starczyło dla
podładowania akumulatorków, żebym mogła znów poczuć się wypoczęta, wyprostowana
jak struna, z fasonem i postawą jak do paso, a nie do wiejskiej polki galopki
po sześciu piwach.

 

A w ogóle to śniła mi się leśna polana pełna margaretek i stokrotek. Ktoś ma pomysł na interpretację?

sobota, 5 stycznia 2008

Budzę się rano...

…otwieram oczy, a tu – niebieska zasłona. Tuż przed moją twarzą, w moje oczy wpatrzone oczy niebieskie, tak blisko, że świata poza nimi nie widać. I ani „dzień dobry”, ani „cmoknij się w nos”, tylko „kocham cię mamo”. Wstała i pobiegła do swojej jamy budować „mamo mamo pacz jaki siamochód”. Zostawiła po sobie wygrzane miejsce na poduszce, na której mieści się cała i trzy słowa wyszeptane mi prosto w nos. Bo ona wie, że wielkie wyznania prawi się szeptem…

piątek, 4 stycznia 2008

Zemsta najlepiej...

…smakuje na zimno – taka wyjęta prosto z lodówki, gdzie ani uczuć, ani współczucia, ani litości, ani zrozumienia, ani wahania. Zemsta najlepiej pachnie, kiedy zwierzyna zdyszana po ucieczce myśli, że to już, że już koniec, że gorzej nie będzie a tu nagle pierdut! Zemsta ma kolor czarnej garsonki, którą wdziewam, kiedy idę do sądu. Zemsta najbardziej cieszy, kiedy można popatrzeć w te wystraszone oczka, rozbiegane, wołające „i co teraz ze mną będzie… i moją żoną… i dziećmi?” Mam to gdzieś. Kolejne wezwanie na rozprawę wróży zwycięstwo całkowite, totalne, KO, to już nawet nie zwycięstwo – to masakra i pogrom absolutny. Ci, którzy jak MJ myślą, że odpuszczam, że zadowalam się wygraną małą bitewką, nawet jeśli ta bitwa trwała 4 lata, ci którym się wydaje, że wystarczy mi wbijanie szpileczek, kiedy mogę przywalić maczugą tudzież toporkiem, ci mylą się i przekonują o tym z czasem boleśnie. Wściekłość przechodzi mi jedynie wtedy, kiedy robaczek leży rozdeptany pod obcasikiem zgrabnych butów i kwiczy prosząc, żeby to już był koniec i finito. Wtedy dopiero przychodzi dzika satysfakcja i mogę sobie przybić piątkę z moim gorszym Ja.
Czeka mnie jeszcze jedno starcie. Takie decydujące, takie które wbije gwóźdź do trumny. Liczę się z przegraną, ale szanse mam spore – kalkuluję więc i szukam najlepszej drogi. I znajdę ją choćbym miała nie spać do samego 28-go stycznia. I jeśli wygram… kiedy wygram… call me Miszczyni Podłych Planów.

czwartek, 3 stycznia 2008

Pocztą nadciąga...

… „Echnaton i Nefertiti” i Harry Potter. Tak, tak wiem,
obiecałam, że jak skończę Hatszepsut to przeczytam Wiedźmina ciąg dalszy… Ale
Wiedźmin to jeden wieczór, jeden magiczny wieczór, noc jedna, a gdzie reszta?
Żeby nie myśleć – czytam, pochłaniam, w pamięć wbijają się niby nic nieznaczące
szczegóły egipskich obrzędów, że tam jakiś Byk Stojący czy inny Sfinks na barce
i inne takie. Zafascynowanie trwa. Jakbym czytała o świecie, który jest mi z
jakichś przyczyn niebywale bliski, mój taki…

Nieprzespane noce owocują sławetnymi cleosiowymi  myślotokami.  Gdzie myśli mieszają się z czytanymi słowami,
gdzie na  granicy świadomości rejestruję,
że to już nie moje przemyślenia, że to ktoś opisał co czuję. Nie ma takiej
siły, która zatrzymałaby pęd tego, co wyprawia mi się w głowie. Rozmowy łatwe –
trudne, pajacowe – poważne, rzeczowe – pozaświatowe. Plany, obawy, radości,
smutki, wsparcie i ta cholerna pustka. Definiuję szczęście od nowa, z każdym
słowem, myślą, z każdą rozmową, z każdym samotnym starciem z rzeczywistością.
Definiuję szczęście i wychodzi mi, sama nie wiem co – mieszanka orgiastycznego
zadowolenia z obcowania w każdym wymiarze i bezsilności, i poczucia osamotnienia,
i  optymizmu w planowaniu, i chwilowych
słabości, i siły jaką mam ot tak po prostu, bo tak trzeba i nie da się inaczej.
 I tak, wiem, nie jestem sama, są
Przyjaciele, mogę przyjść wygadać się, wyrzucić z siebie nadmiar myśli, żeby
zrobić miejsce dla nowych, nie wiem czy lepszych czy gorszych, może innych,
może znowu tych samych… Ale przychodzi taki moment, gdzieś między progiem
pokoju a wejściem do kuchni, kiedy odwracam się, wyraz twarzy się zmienia, uszy
zamykają się na słyszane słowa – nie ma mnie. Na dźwięk własnego imienia
odwracam się z maską na twarzy, uroczą, czarującą, przyklejoną, martwą tak
zupełnie, że tylko resztkami rozsądku unoszę kąciki ust w uśmiechu. I powtarzam
sobie w myślach, że to takie kolejne przedstawienie Teatrzyku „KRACH”, kolejna
rola, kolejne wyzwanie. Potem sama sobie wręczę Oscara, za aktorstwo doskonałe.
Przychodzi taki moment, że brakuje normalności, głosu w słuchawce, zwykłego
SMSa, dowodu, że to nie sen, że dzieje się naprawdę i nie wydumałam sobie tego
w kolejnym chorym myślotoku.  Przychodzi
taki moment, chwila dosłownie, kiedy potrzeba poczucia, że to jawa jest
silniejsza niż rozsądna argumentacja. Nie znajduję sposobu. Nie mam nic. Nie
mogę mieć. Wiem. I jak ostatnia kretynka sama sobie tłumaczę, że tak być musi.
I dociera do mnie dopiero wtedy, kiedy ostatkiem sił powstrzymuję łzy, których
nie będę potrafiła wytłumaczyć. Że to będzie najdłuższa, najtrudniejsza,
najbardziej parszywa rola w moim życiu. I tak wiem, że na końcu czeka mnie
owacja na stojąco, czerwony dywan, światła jupiterów i w ogóle Hollywood. Ale
póki co, dzisiaj, dam sobie pomarudzić, że mi źle, że pusto, że trudno, że nie
mam nic, nie mogę mieć – wiem…

wtorek, 1 stycznia 2008

Nowy Rok...

…nowe zasady…

Wzorem Calenduli: kto pragnie już wkrótce uzyskać dostęp do niniejszego blogusia, podanie (min. 2500 znaków) ze zdjęciem  przesyła na cleosanthia@wp.pl i modły zanosi, żeby mi się chciało je pozytywnie rozpatrzeć:)))

Postanowienia noworoczne mam dwa. Pierwsze, niezmiennie od lat to samo, dotrzymywane co roku z zawsze taką samą zajadłością, żeby mi wrogowie zdychali pod płotem parchami porośnięci. O tak, w tym roku mi się przyda, bo kto mi nie jest przyjacielem, ten jest wrogiem. Kto nie ze mną, ten przeciw mnie.
Drugie postanowienie zaczęłam spełniać marznąc na schodach targanickiej rezydencji (special thanks – Kate Love U), kiedy wybiła północ. Tak, będę szczęśliwa – obrzydliwie, straszliwie, każdej minuty, z każdym dniem bardziej. I nic, jakem Cleosia, nic nie stanie mi na drodze. Bo patrząc na fajerwerki rozbłyskujące nad górami, słuchając jak echo niesie huk wystrzałów, widziałam tylko Szczęście i słyszałam tylko bicie Tego Serca…