…jak dzisiejszy nadaję się wyłącznie do założenia kagańca i przywiązania do drzewa w lesie. Z daleka od ludzi, żeby niekomu nie zrobić krzywdy i żebym mogła uspokoić własne myśli, o hormonach nie wspomnę. Do tego konwersacja poranna z Kobietą Grabarzem kręciła się przez ponad godzinę wokół szyjki macicy za przeproszeniem, co prawda w ginekologicznym jej znaczeniu, ale jednak. I JAK ja się pytam, JAK mam myśleć o pracy? Samiec pilnie potrzebny:) Natychmiast! Do wielokrotnego wykorzystania:)
Cleos: Pokazywałam ci przecież co masz zrobić jak cię znowu uderzy. (no dobra wiem, że to nie specjalnie wychowawcze, ale żaden samczyk kurduplasty nie będzie mojego Smoka tłukł)
S: Ale będę siedziała za kalę przy stoliku.
C: To ja mam inny pomysł. Jak cię będzie chciał uderzyć, to go złap za rękę o tak, i powiedz, że tak nie wolno, bo cię to boli.
S: Ja mam lepszy pomysł mamo. Powiem mu „nie dlaźnij lwa, bo lew to ja!”
No w sumie…:) faktycznie lwica z Niej jest.
Sirenqua ma rację, coraz trudniej pisać półsłówkami, coraz trudniej te półsłówka znaleźć, nawet jeśli się jest wybitnym humanistą i książki się pisze. Pisałabym tam, gdzie „Dear Diary,…”, ale nie mogę. Mimo wszystko w sieci bezpieczniej. Podłe plany knują się same. Kilkanaście minut rozmowy z Who na gadu sprawia, że wstępują we mnie nadludzkie siły. Może to poczucie solidarności? Może co innego, nie wiem. Nieistotne. Ważne, że plan się krystalizuje, wytyczają go już nie tylko pomysły, ale konkretny termin. Wychodzi na to, że zrobimy to razem Who i dobrze, bo w grupie raźniej, i dobrze bo pora najwyższa żeby pierdyknąć pięścią w stół, i dobrze, bo niepewność, niezdecydowanie, gdybanie przyprawia o koszmarny ból głowy i niszczy każdy dzień, wkładając w kolejne minuty codzienności cień nie do rozświetlenia. Dawno niczego tak nie było mi potrzeba jak teraz tego słońca, które pamiętam jak przez mgłę. Niech wraca i już zostanie, bo mi zimno i ciemno i smutno. Potrzebuję powietrza, przestrzeni, życia – niedużo, tyle żeby starczyło dla podładowania akumulatorków, żebym mogła znów poczuć się wypoczęta, wyprostowana jak struna, z fasonem i postawą jak do paso, a nie do wiejskiej polki galopki po sześciu piwach.
A w ogóle to śniła mi się leśna polana pełna margaretek i stokrotek. Ktoś ma pomysł na interpretację?
…otwieram oczy, a tu – niebieska zasłona. Tuż przed moją twarzą, w moje oczy wpatrzone oczy niebieskie, tak blisko, że świata poza nimi nie widać. I ani „dzień dobry”, ani „cmoknij się w nos”, tylko „kocham cię mamo”. Wstała i pobiegła do swojej jamy budować „mamo mamo pacz jaki siamochód”. Zostawiła po sobie wygrzane miejsce na poduszce, na której mieści się cała i trzy słowa wyszeptane mi prosto w nos. Bo ona wie, że wielkie wyznania prawi się szeptem…
…smakuje na zimno – taka wyjęta prosto z lodówki, gdzie ani uczuć, ani współczucia, ani litości, ani zrozumienia, ani wahania. Zemsta najlepiej pachnie, kiedy zwierzyna zdyszana po ucieczce myśli, że to już, że już koniec, że gorzej nie będzie a tu nagle pierdut! Zemsta ma kolor czarnej garsonki, którą wdziewam, kiedy idę do sądu. Zemsta najbardziej cieszy, kiedy można popatrzeć w te wystraszone oczka, rozbiegane, wołające „i co teraz ze mną będzie… i moją żoną… i dziećmi?” Mam to gdzieś. Kolejne wezwanie na rozprawę wróży zwycięstwo całkowite, totalne, KO, to już nawet nie zwycięstwo – to masakra i pogrom absolutny. Ci, którzy jak MJ myślą, że odpuszczam, że zadowalam się wygraną małą bitewką, nawet jeśli ta bitwa trwała 4 lata, ci którym się wydaje, że wystarczy mi wbijanie szpileczek, kiedy mogę przywalić maczugą tudzież toporkiem, ci mylą się i przekonują o tym z czasem boleśnie. Wściekłość przechodzi mi jedynie wtedy, kiedy robaczek leży rozdeptany pod obcasikiem zgrabnych butów i kwiczy prosząc, żeby to już był koniec i finito. Wtedy dopiero przychodzi dzika satysfakcja i mogę sobie przybić piątkę z moim gorszym Ja. Czeka mnie jeszcze jedno starcie. Takie decydujące, takie które wbije gwóźdź do trumny. Liczę się z przegraną, ale szanse mam spore – kalkuluję więc i szukam najlepszej drogi. I znajdę ją choćbym miała nie spać do samego 28-go stycznia. I jeśli wygram… kiedy wygram… call me Miszczyni Podłych Planów.
… „Echnaton i Nefertiti” i Harry Potter. Tak, tak wiem, obiecałam, że jak skończę Hatszepsut to przeczytam Wiedźmina ciąg dalszy… Ale Wiedźmin to jeden wieczór, jeden magiczny wieczór, noc jedna, a gdzie reszta? Żeby nie myśleć – czytam, pochłaniam, w pamięć wbijają się niby nic nieznaczące szczegóły egipskich obrzędów, że tam jakiś Byk Stojący czy inny Sfinks na barce i inne takie. Zafascynowanie trwa. Jakbym czytała o świecie, który jest mi z jakichś przyczyn niebywale bliski, mój taki…
Nieprzespane noce owocują sławetnymi cleosiowymi myślotokami. Gdzie myśli mieszają się z czytanymi słowami, gdzie na granicy świadomości rejestruję, że to już nie moje przemyślenia, że to ktoś opisał co czuję. Nie ma takiej siły, która zatrzymałaby pęd tego, co wyprawia mi się w głowie. Rozmowy łatwe – trudne, pajacowe – poważne, rzeczowe – pozaświatowe. Plany, obawy, radości, smutki, wsparcie i ta cholerna pustka. Definiuję szczęście od nowa, z każdym słowem, myślą, z każdą rozmową, z każdym samotnym starciem z rzeczywistością. Definiuję szczęście i wychodzi mi, sama nie wiem co – mieszanka orgiastycznego zadowolenia z obcowania w każdym wymiarze i bezsilności, i poczucia osamotnienia, ioptymizmu w planowaniu, i chwilowych słabości, i siły jaką mam ot tak po prostu, bo tak trzeba i nie da się inaczej. I tak, wiem, nie jestem sama, są Przyjaciele, mogę przyjść wygadać się, wyrzucić z siebie nadmiar myśli, żeby zrobić miejsce dla nowych, nie wiem czy lepszych czy gorszych, może innych, może znowu tych samych… Ale przychodzi taki moment, gdzieś między progiem pokoju a wejściem do kuchni, kiedy odwracam się, wyraz twarzy się zmienia, uszy zamykają się na słyszane słowa – nie ma mnie. Na dźwięk własnego imienia odwracam się z maską na twarzy, uroczą, czarującą, przyklejoną, martwą tak zupełnie, że tylko resztkami rozsądku unoszę kąciki ust w uśmiechu. I powtarzam sobie w myślach, że to takie kolejne przedstawienie Teatrzyku „KRACH”, kolejna rola, kolejne wyzwanie. Potem sama sobie wręczę Oscara, za aktorstwo doskonałe. Przychodzi taki moment, że brakuje normalności, głosu w słuchawce, zwykłego SMSa, dowodu, że to nie sen, że dzieje się naprawdę i nie wydumałam sobie tego w kolejnym chorym myślotoku.Przychodzi taki moment, chwila dosłownie, kiedy potrzeba poczucia, że to jawa jest silniejsza niż rozsądna argumentacja. Nie znajduję sposobu. Nie mam nic. Nie mogę mieć. Wiem. I jak ostatnia kretynka sama sobie tłumaczę, że tak być musi. I dociera do mnie dopiero wtedy, kiedy ostatkiem sił powstrzymuję łzy, których nie będę potrafiła wytłumaczyć. Że to będzie najdłuższa, najtrudniejsza, najbardziej parszywa rola w moim życiu. I tak wiem, że na końcu czeka mnie owacja na stojąco, czerwony dywan, światła jupiterów i w ogóle Hollywood. Ale póki co, dzisiaj, dam sobie pomarudzić, że mi źle, że pusto, że trudno, że nie mam nic, nie mogę mieć – wiem…
Wzorem Calenduli: kto pragnie już wkrótce uzyskać dostęp do niniejszego blogusia, podanie (min. 2500 znaków) ze zdjęciem przesyła na cleosanthia@wp.pl i modły zanosi, żeby mi się chciało je pozytywnie rozpatrzeć:)))
Postanowienia noworoczne mam dwa. Pierwsze, niezmiennie od lat to samo, dotrzymywane co roku z zawsze taką samą zajadłością, żeby mi wrogowie zdychali pod płotem parchami porośnięci. O tak, w tym roku mi się przyda, bo kto mi nie jest przyjacielem, ten jest wrogiem. Kto nie ze mną, ten przeciw mnie. Drugie postanowienie zaczęłam spełniać marznąc na schodach targanickiej rezydencji (special thanks – Kate Love U), kiedy wybiła północ. Tak, będę szczęśliwa – obrzydliwie, straszliwie, każdej minuty, z każdym dniem bardziej. I nic, jakem Cleosia, nic nie stanie mi na drodze. Bo patrząc na fajerwerki rozbłyskujące nad górami, słuchając jak echo niesie huk wystrzałów, widziałam tylko Szczęście i słyszałam tylko bicie Tego Serca…