licznik bloga

Obsługiwane przez usługę Blogger.

środa, 13 października 2010

Wyrównywanie...

…podłogi w przedpokoju bywa bardzo hałaśliwe.

Zastanawiam się czy sąsiedzi już nas nienawidzą?

poniedziałek, 11 października 2010

Jakiś taki...

…mam dzień refleksyjny. Na przemyślenia egzystencjalne. I poza tym, że padam na twarz, a moje stopy wołają pomocy, wszystko jest ok. Pozbierałam własne robicie do kupy, na dobre mi wyszło. A ponieważ Diaboł ma potrzebę miziania mnie po karczku, to ja nie będę protestować. Obdiabolę się i obejrzymy film siakiś.

niedziela, 10 października 2010

Był alkoholikiem...

…, nie mam szacunku dla ludzi, którzy nie potrafią przezwyciężyć swoich słabości. Ale nauczył mnie wszystkiego, co umiem na parkiecie. Pokazał jak trzymać ramę, jak układać ręce w paso, jak czuć walca. Nauczył mnie muzyki, odczuwania, emocji, przekazywania swojego postrzegania taktów. Mówił do mnie Gąsko Pylusiu. Był mi trenerem, kumplem, wujkiem i przyjacielem. Pomógł mi wyprowadzić się od ByłgoNiedoszegoDamskiegoBoksera. Młodzież Go uwielbiała i On uwielbiał młodzież. Miał podejście do ludzi, nie radził sobie tylko sam ze sobą. Na obozie treningowym tańczył na rurze U Biesa, aż się rura wykrzywiła. Nie krytykował moich wyborów życiowych, nawet jeśli były idiotyczne. On jeden swego czasu wraz z Babcią, nie miał mnie za czarną owcę w rodzinie. Przepieprzył swoje życie, zniszczył, schrzanił wszystko, co dało się schrzanić, ale o 4 nad ranem, to z Nim mogłam porozmawiać i wyżalić się swego czasu. Tłumaczył mi zawsze, że na parkiet wychodzi się tylko wtedy, kiedy muzykę czuje się tu – tuż pod mostkiem – inaczej to nie ma sensu i nie jest prawdziwe. Dziś ja, te same słowa powtarzam moim Misiom Puchatym. Dzięki Niemu mogę przekazywać swoją pasję i wzbudzać ją w młodych sercach z powodzeniem. W życiu był słaby, ale na parkiecie miał w nogach dynamit. Pavlović nie mogła się Go nachwalić, Galiński się zachwycał, że razem z partnerką-żoną tworzą jedność nie do pokonania. Wszyscy razem stawali na podium i duma ze zwycięstw była Jego znakiem rozpoznawczym, kiedy zaczynały się pierwsze takty tanga. Chociaż w życiu nasze drogi się rozeszły, zawsze będę podziwiała Go na parkiecie.

Teraz gdzieś, w niebie albo w piekle, tańczy cha-cha-cha i jest w swoim żywiole. Kiedyś jeszcze zatańczymy razem.

Ostatnie drzwi...

…robię – do gabinetu. Jak już je skończę, to się chyba zapłaczę. Co ja będę robiła w wolnych chwilach? Uwielbiam, pasjami, ubóstwiam, chcę, CHCĘ, CHCĘ! Zaproponowałam już Diabołowi, że może byśmy tak wykupili Sąsiadów, u nich jest pięć par drzwi do zrobienia. Odmówił:( Chyba mię już nie kocha:)

Tymczasem za oknem, które się gipsuje Diabołem, mam złotą narnijską jesień. Siedzę, patrzę i trzeci rok się zaczął, a ja się nadziwić nie mogę, jakie cuda mam na wyciągnięcie ręki. W konsekwencji Diaboł mnie budzi z zawiasu nad obiadem, bo mi kurczak saute stygnie.

Aaaaa, no bo dieta, tak mocium panie? No. Na razie 2 kilogramy poszły w siną dal i niech wurwa nie znajdują drogi do domu możliwie jak najdłużej. W planie jeszcze 3 – a co się będę rozdrabniała. Mam taką jedną spódnicę, którą dostałam od Kuzynki Brukselki i spodnie takie jedne, które mi służą za miernik szczęścia w biodrach. Póki co padaka. Ale nic to, daję sobie czas do końca października-połowy listopada.

W piątkowy wieczór występowałam w kowbojskiej stylizacji, bo my, siostry McNeal właśnie opuściłyśmy nasz saloon, klientów, i zabierając swoje ekhe dziwkarskie tyłki, pojechałyśmy do Pudelka stłuc umywalkę, co to ją Szef S. w swej łaskawości udostępnił (special thanks to Jego okazany ludzki odruch). Wraz z nami pojechała Guntrama, Górnik i Cyganeczka Zosia. W kwestii formalnej – nikt się jeszcze nie leczy psychiatrycznie i nikogo na leczenie nie skierowano. Za to jak wysiadaliśmy z samochodu, to Tato dzisiajszej (a wczoraj jutrzejszej) panny młodej zwanej Pudelkiem, prawie glebnął na zawał, brat uciekł, drugi zapodał sobie piwo i akordeon i impreza była do zmroku. Moje nowe buty w cleosiowym kolorze okazały się niezwykle wygodne i pasujące do kowbojskiego kapelusza. Chyba będę tak chodziła do pracy:)

I w życiu nie sądziłam, że to powiem, ale odczuwam lekki przesyt horrorami, w związku spożywczym zapodajemy wieczorami komedie. Masakra. „Wariaci z Karaibów” pokonali mnie intelektualnie. Nie daję rady głupocie scenarzystów i reżyserów – serio. Zatem pozostaje mi biografia Marquise de Pompadur, którą zasysam jak niemowlę cyca. Mnią. W odwodzie czeka jeszcze Joanna d’Arc – już przebieram nóżkami.

To ja się już pójdę robić na ubóstwo, bo dziś roczek Gnoma.

A Robalinda jest śliczna. Śliczniuniuniunia.

A kreację mam taką, że klękajcie narody:)

wtorek, 5 października 2010

Z Misiami...

…Puchatymi ćwiczymy wyraz artystyczny. Ja przepraszam bardzo, ale jakaś ta młodzież teraz nieśmiała jest czy coś. Tak małej zawartości rumby w rumbie moje oczy jeszcze nie widziały chyba nigdy. No to ja się produkuję, a oni i tak swoje. No to ja dostaję lekkiej wścieklicy, a oni patrzą na mnie z minami „ale o so cho?” No to ja tłumaczę jak krowom na miedzy, a oni się zaparli jak świnie w marasie i tym sposobem trzodę różną mamy odwaloną i rumbę także odwaloną. Czekam cierpliwie, czka mi się powtarzaniem, że ręcę, że emocje, że otworzyć się trzeba. Ale nic to – widzę postępy i tak. Pomalutku, ale jeszcze rok temu oni nie wiedzieli, że mają ręce i nogi i że one mogą się poruszać tworząc harmonijny ruch zamknięty w osobie tancerza. I poprawiają mi humor zdecydowanie – tym, że widzę, że oni nie tylko tańczyć ze mną chcą, ale i rozmawiać i mielić swoje problemy i życie.

W przyszłym tygodniu akcja „Koniec desek pod umywalką.” Zobaczymy co z tego wyniknie.

A Who ma przyzwolenie na lanie mnie laciem, z którego zupełnie nie wiem dlaczego nie korzysta.

sobota, 2 października 2010

O 5.15...

…Smok nadszedł był.
Smok: Mamo, ząb mi się rusza.
Cleos: A nie mógłby ci się ruszać od ósmej na przykład?
S: TERAZ mi się rusza.
C: WIEM. Właż do łóżka, przytul się i śpij jeszcze.

Wytrwała do 7.30, potem musiałam wstać.

Na Hacjendzie rosną mleczyki mutanty. Zapas dla Przytulaczka zrobiony na 14 tygodni i zbieramy dalej. A Drożdż pierwszy raz w życiu zdrobnił dziś moje imię – myślałam, że glebnę i wgryzę się w podjazd, co to go Kate z Iwą obsikiwały onego czasu.

Na urodzinach Miśka – ojezusienazareński i matkopolkoicórko – szał pał i uprzęży. I popróbowałam malowania dzieciowych pysków – fajna praca, tak też mogłabym zarabiać na życie, chciaż nie sądzę, żeby z tego była jakaś kosmiczna kasa. Jak na pierwszy raz i dalmatyńczyki i Frankenstein wyszły mi super – skromnie mówiąc oczywiście. Alele – ta dzieciorozrabiarnia – piękna. Daleko i zupełnie nie po drodze, ale pięknie zrobione.

Diaboł wpadł do jadalni i ja nie wiem czym to się skończy. Na razie każe mi zabrać kwiatki z parapetu. Ja się pytam GDZIE ja mam przestawić dwanaście kwiatów?

piątek, 1 października 2010

W przedpokoju...

…mamy mały statek kosmiczny – taki „Independence Day” malutki. A Diaboł jeszcze nie skończył montować wszystkich lamp. Jak skończy, będzie wyglądało na nieduży najazd kosmitów w blindujących po oczach statkach. Jasno:) I mam dużo miejsca na rodzinną galerię:)